Oceń wpis
   
Od poniedziałku na Allegro pojawiły się tzw. "Sklepy Allegro". Piszę "tak zwane", bo to oczywiście nie są sklepy (moim zdaniem słowo "sklepy" tylko zmyliło wielu sprzedawców). Poczytałem trochę opinii o wprowadzonym rozwiązaniu i czas na moją krótką analizę.

O tym, jak będą wyglądać Sklepy Allegro co nieco pisałem już wcześniej. Doszukiwałem się wtedy wzajemnych powiązań pomiędzy platformą Istore (zakupioną przez QXL), a Sklepami Allegro. To był zły trop.

Generalnie jest to tak naprawdę okrojona wersja Ebay Stores. Bardzo zbliżone są do siebie także modele cenowe obu rozwiązań. Przeglądając opinie sprzedawców można przypuszczać, że oczekiwali oni czegoś naprawdę mocnego. Zawiedli się.

Jeśli jednak przyjrzeć się tej sprawie bliżej, to model cenowy nie mógł być korzystniejszy od zwykłych aukcji, gdyż w takiej sytuacji Allegro stworzyłoby konkurencję dla siebie. Po drugie można już być pewnym, że tu chodziło w zasadzie tylko o tych sprzedawców, którzy nie chcieli wystawiać dodatkowych aukcji dla przedmiotów cechujących się małą sprzedażą. Moim zdaniem podstawowy zamysł Allegro może być taki:

1. Super Sprzedawca X sprzedaje bardzo dużo na aukcjach, wystawia najlepiej sprzedające się produkty. Nie wystawia tych mniej popularnych (tych z długiego ogona), bo opłaty za wystawienie są za wysokie, a gwarancji na sprzedaż nie ma.
2. Teraz Super Sprzedawca X może je wystawiać dodając do sklepu. Przy czym do sklepu dodaje tylko te słabo sprzedające się pozycje. W końcu na liście produktów z danego sklepu wyświetlane są także produkty z aukcji.
3. Odwiedzający aukcje Super Sprzedawcy X może przy okazji sprawdzić ofertę sklepu i kupić produkt ze sklepu. Super Sprzedawca X zapłaci wtedy bardzo wysoką prowizję.

W zasadzie tylko w takiej sytuacji opłaca się taki sklep stworzyć. Allegro wyciąga rękę po dodatkowe pieniądze sprzedawców. Co ciekawe, kiedy patrzę na niektóre sklepy to zastanawiam się co ci sprzedawcy robili na lekcjach matematyki lub gdzie pogubili swoje kalkulatory. Niektórzy do sklepów wstawiają produkty, które dobrze sprzedają się na samych aukcjach...

Dziwić może jednakowa prowizja dla wszystkich branż. Przy tak wysokiej prowizji można wymienić co najmniej kilka branż, gdzie towarów po prostu nie da się wstawiać do sklepu bez podwyżki cen. Lepiej pomyślane jest to chociażby w pasażu Onet.pl, gdzie prowizja zależy od branży.

Pozostaje pytanie jak intensywnie Allegro będzie promować sekcję "sklepów". Póki co w większości przypadków użytkownik nie wyszuka nic ze sklepów w wyszukiwarce - wyniki sklepowe pojawią się tylko wtedy, kiedy będzie mniej niż 5 wyników aukcyjnych. Pozostają aukcję sprzedawców, gdzie pojawia się ikonka sklepu i logotyp. No i katalog sklepów, który może być eksponowany na stronach Allegro bardziej lub mniej.

Chodziły słuchy, że w przypadku Sklepów Allegro, to sam sprzedawca będzie miał za zadanie sprowadzić ruch do sklepu. Nie dostał jednak od serwisu aukcyjnego żadnych narzędzi. Dla porównania Ebay Stores oferuje e-mail marketing, czy podpowiada w jaki sposób promować swój sklep. Nie ma także możliwości zarejestrowania własnej domeny, ani nawet otrzymania subdomeny w stylu mojsklep.allegro.pl (pozostaje adres typu http://www.allegro.pl/sklep/2194079_tresori_boutique).

Miesiąc temu pisałem: "To na czym moim zdaniem najbardziej powinno zależeć w tej chwili serwisowi takiemu jak Allegro to przekonanie swoich dużych sprzedawców do tego, żeby nadal byli związani z tym serwisem i nie szli "na swoje" zakładając własne e-sklepy." Po miesiącu mogę napisać, że Allegro miało inny pomysł ode mnie. W ten sposób na pewno ich nie przekonali. Właściciele firm oferujących oprogramowanie sklepowe (zwłaszcza ci tani) mogą zacierać ręce.

Jak Allegro mogłoby uatrakcyjnić swój nowy produkt?

1. Pozwolić lepiej promować sklepom swoją markę np. poprzez zarejestrowanie własnej domeny.
2. Pozwolić mierzyć ruch poprzez zewnętrzne statystyki.
3. Udostępnić narzędzia promocyjne.
2007-11-25 17:13
4. E-commerce Komentarze (44)
 Oceń wpis
   
Prawdopodobnie każdego miesiąca w Polsce powstaje nowa porównywarka cen. Przynajmniej z taką częstotliwością dostaję kolejne notki prasowe. Nie sposób o nich wszystkich pisać. No chyba, że któraś zaskoczy unikalnym pomysłem. Tak jest w przypadku Priced.at.

Szacuje się, że na Zachodzie 35-45% przychodu porównywarek stanowią reklamy z Google Adsense (dane za Comparisonengines.com). To dość dobitnie świadczy o tym, że z serwisami tego typu jest coś nie tak - użytkownicy nie znajdują tam tego co szukają. Z jakiego powodu? Moim zdaniem jest to sprawa asortymentu.

Każdy, kto prowadzi e-sklep w mniej popularnej branży ma kłopoty z integracją z porównywarkami. Zazwyczaj nie mają one przygotowanych kategorii dla niszowych branż. Kolejną sprawą jest to, że niewiele sklepów decyduje się "podarować" porównywarce wszystkich produktów ze swojej oferty. Dzieje się tak głównie ze względu na model biznesowych olegający na opłacie za każde przejście do sklepu. Co więcej, istnieją sklepy, które nie chcą integracji z porównywarkami, bo same w sobie mają bardziej rozpoznawalne marki. To wszystko sprawia, że największe porównywarki w Polsce i na świecie nie prezentują tak naprawdę tyle produktów ile mogłyby.

Odpowiedzią na to ma być właśnie Priced.at. Serwis ten działa jak typowa wyszukiwarka - sam odwiedza sklepy, indeksuje je, oczywiście nie pobiera za to żadnych opłat. Jeśli masz własny e-sklep prawdopodobnie znajdziesz tam swoje produkty. W pierwszym tygodniu działania wersji beta autorom projektu udało się zebrać milion ofert. Obecnie jest już ponad dwa miliony ofert z ponad 2000 e-sklepów.

Przewagę Priced.at nad innymi porównywarkami w kwestii asortymentu można sprawdzić wpisując frazy zwykłych produktów jak: rękawiczki, śruba etc. W większości przypadków Priced będzie miał kilkadziesiąt razy więcej wyników. Projekt jest na bardzo początkowym etapie. Przypomina bardziej Google niż Ceneo, ale autorzy przygotowują się już do większego eksponowania informacji o produktach.

- Dzięki ulepszaniu algorytmu wyodrębniającego szczegółowe informacje o produktach w dłuższej perspektywie będziemy mieli wszystkie informacje dostępne w tradycyjnych porównywarkach, a oprócz nich setki tysięcy produktów niszowych, w tym zza granicy - przekonywał mnie Robert z Priced.at.

Nie wiem jak u Was, ale ja zacząłem się zastanawiać nad planem biznesowym. Przewaga konkurencyjna budowana jest na niszowych, często mikroskopijnych sklepach. Czy uda się przekonać ich do opłat?

- Aktualnie skupiamy sie wyłącznie na stronie technicznej. W przyszłości oprzemy sie zapewne na PPC i programach partnerskich. Koszty mamy mikroskopijne, więc nie ma z tym pośpiechu - mówią.

Co powinno imponować w Polsce, projekt nie jest kalką zachodniego odpowiednika. Ze znanych mi porównywarek, które opierają się na podobnym mechaniźmie wymienić mogę tylko mało znany Shopwiki.com, o którym... sam informowałem ludzi z Priced.at. Shopwiki sama indeksuje sklepy, ale nie cieszy się dużą popularnością w USA. Innym projektem tego typu był Dulance.com, który został ponad rok temu przejęty przez Google.

Jeżeli Wasze sklepy nie są jeszcze zindeksowane w Priced.at wystarczy o to poprosić.

Co o tym myślicie?
2007-11-25 17:11
4. E-commerce Komentarze (21)
 Oceń wpis
   
Powstał sklep z artykułami dla dzieci - Friscobaby.pl. Z czym go skojarzyć? Oczywiście z Frisco.pl. Niedawno wspominałem o zarządzaniu markami przez Merlin.pl. Bardzo podobnym tropem poszli ludzie z Frisco.pl, którzy również zdecydowali się postawić na tzw. marki hybrydy. Oba rozwiązania nie są jednak identyczne.

Przede wszystkim to co może dziwić to fakt, że na stronie Frisco.pl nie znajdziemy żadnego odnośnika do nowego sklepu. Cały czas można za to kupować ten sam (być może trochę okrojony) asortyment co na Friscobaby.pl, ale w ramach Frisco.pl. Osobiście jest to dla mnie dosyć dziwne, bo to byłoby najprostsze rozwiązanie na zdobycie pierwszego ruchu w sklepie (grupy docelowe obu sklepów są ciągle bardzo zbliżone do siebie).

Postawiono jednak na współpracę z serwisem dla rodziców eDziecko.pl, który działa w ramach portalu Gazeta.pl. Szczegółów współpracy oczywiście nie znam. Można przypuszczać, że jest to stała opłata miesięczna i prowizja od sprzedaży. Odnośnik do sklepu pojawia się w menu pod kategorią "zakupy", w niektórych miejscach serwisu prezentowane są boksy z produktami Friscobaby.pl.

Na plus takiej współpracy jest to, że ruch w eDziecko.pl na pewno nie jest przypadkowy. Jak większość internetowych projektów Agory cechuje go społeczność w oparciu o fora, blogi czy nawet fotofora. To na pewno pomoże w rozwoju Friscobaby.pl. Jednak opieranie współpracy głównie na portalach jest moim zdaniem dość ryzykowne. Przede wszystkim portale wciąż skupiają się w pierwszej kolejności na wpływach z reklamach, a współpracę z e-sklepami traktują jako dodatkową. Po drugie, lubią dywersyfikować swoje przychody i być może za jakiś czas pojawią się kolejne sklepy w ramach eDziecko.pl np. z zabawkami, których we Friscobaby nie ma wiele.

Friscobaby.pl to sklep, który uruchomiony dzisiaj zacznie odcinać kupony dopiero za jakiś czas. W Polsce jest zdecydowanie zbyt wcześnie na to, aby taki sklep już teraz był w stanie generować zadowalającą sprzedaż. Na pewno jednak spółce należą się brawa za to, że dostrzegają pewne trendy i stają się pionierami.

Na podstawie testu konsumenckiego przeprowadzonego przez Internet Standard można wnioskować, że pod względem logistyki Frisco radzi sobie lepiej od hipermarketów sprzedających także w sieci. Ciągle jednak dużo zarzucić można pod względem użyteczności. Od ponad 10 minut zastanawiam się dlaczego nie mogę założyć konta we Friscobaby - zatrzymałem się na kroku numer dwa. Frisco pod względem wykonania można uznać za kopię brytyjskiego Ocado.com, co w moich oczach również trudno uznać za profesjonalizm.

Zgodnie z tym co powiedział CEO Frisco.pl, Witold Ferenc, skalę sprzedaży w tego typu sklepach można oszacować na podstawie ilości samochodów dostawczych. Wspomniane Ocado.com ma ich około 500, Frisco zdaje się 5. Mniej więcej taka różnica jest w tej branży pomiędzy Polską, a najbardziej rozwiniętym rynkiem e-spożywczaków - Wielką Brytanią. Jak widać jest kogo gonić. W przypadku Frisco widać jednak, że kierunek jest odpowiedni o czym świadczy chociażby Friscobaby.pl.

Zobacz więcej:

- Frisco.pl w newsach,
- Ocado.com w liczbach,
- A.pl,
- Sklepy internetowe, a wejście do sieci tradycyjnych sprzedawców.
2007-11-25 17:04
4. E-commerce Komentarze (9)
 Oceń wpis
   
Sklepy internetowe są na ogół podobne do siebie. Trudno na pierwszy rzut oka ocenić kto jest groźnym konkurentem, kto sprzedaje dużo, a kto jest tylko statystą. Czasami trudno ocenić nawet, który sklep w danej branży jest liderem. Na dodatek pozory często mylą. Bez wiedzy o konkurentach trudno dokonać analizy konkurencji. Chciałbym w tym tekście napisać o dwóch sposobach, które ułatwią nam rozpoznanie rynku.

Aby posiąść taką wiedzę w Polsce trzeba stosować metody partyzanckie. Polskie sklepy, które muszą informować o swoich wynikach finansowych można policzyć na palcach jednej ręki. Nie ma w Polsce także zestawień na wzór Top 500 Guide, gdzie znajdują się największe sklepy z wyszczególnieniem ich sprzedaży, jak i całym szeregiem innych, niezmiernie istotnych danych.

Metoda pierwsza: Alexa.com

Pewnie większość z Was kojarzy narzędzie jakim jest Alexa.com. Alexa mierzy popularność stron internetowych z całego świata. Żeby jednak dobrze korzystać z tego narzędzia trzeba zrozumieć jego sens. Świetnie wytłumaczył to Marek Futrega na swoim blogu. Generalnie korzystając z Alexa nie dowiemy się ile nasi konkurenci notują odwiedzin w swoich sklepach. Alexa sprawdzi się jednak doskonale, kiedy będziemy chcieli porównać naszych konkurentów ze sobą czy też z naszym własnym sklepem.

Dobry przykład: e-sklepy z bielizną. Pobawiłem się trochę i wyselekcjonowałem 5 sklepów, które z dużym prawdopodobieństwem można uznać za czołowe w naszym kraju. Wykres dla nich prezentuje się tak:



Jak widać niekwestionowanym liderem na tym rynku jest Intymna.pl, drugie miejsce przypada E-lady.pl, trzecie Garderoba.pl, czwarte i piąte sklepom takim jak Kisskiss.pl, Sisi.pl, czy Lulu.pl (nie ma tego sklepu na wykresie). Co jeszcze można odczytać z tego wykresu:

a) jeszcze na początku rynku trudno było wyłonić niekwestionowanego lidera, wiele sklepów notowało bardzo podobnych ruch,
b) od maja-czerwca swój zasięg znacznie zwiększyła Intymna.pl - prawdopodobnie miało to związek z próbami znalezienia inwestora (udanymi zresztą),
c) duży wzrost zasięgu odnotował także sklep E-lady.pl, który wyprzedził swojego starszego konkurenta Garderoba.pl,
d) wciąż trwa walka o pozycję nr 2.

Co dalej? Mając taki wykres przed sobą i wiedząc, że Intymna.pl realizuje około 5000 zamówień miesięcznie, można założyć, że sklep ten odwiedza około 250 000 użytkowników miesięcznie (przy konwersji na poziomie 2%). Analizując wykres można wyczytać, że Intymna.pl notuje zasięg około trzy razy większy niż E-lady.pl (lepiej widać to kiedy wyświetlimy zestawienie dla okres jednego lub trzech miesięcy). A zatem można założyć, że E-lady.pl odwiedza miesięcznie około 80 000 internautów. Podobnie można zrobić z innymi sklepami. Znając ruch w danym sklepie można spróbować ocenić ich sprzedaż (średnie zamówienie na poziomie około 100-120 zł, konwersja 1-3%).

Alexa świetnie sprawdzi się w takich branżach jak książki (tutaj widać ile znaczy długa obecność w sieci - patrz Lideria.pl czy Wysylkowa.pl), agd/rtv (na tym przykładzie można się przekonać, że rzadko opisywane w mediach, nieznane szerszemu gronu sklepy potrafią generować sprzedaż na poziomie Hoopla.pl), militaria (widać pojedynek Militaria.pl i Bron.pl) i jeszcze paru innych. Niestety dla niektórych sklepów nie będziemy mogli przeprowadzić takiej analizy - mają one po prostu zbyt mały ruch.

Metoda druga: numer zamówienia w sklepie

To jeszcze bardziej partyzancka metoda. Polega na tym, że w zasadzie każdy sklep zamówieniom przypisuje unikalne numery (klienci posługują się potem tymi numerami przy kontakcie ze sklepem etc.). Co warto odnotować, większość sklepów stosuje tradycyjną metodą przypisując kolejnym zamówieniom kolejne numery. Przykładowo zamówienie #1023, #1024, #1025 etc.

Jeżeli nasz konkurent właśnie tak robi bardzo łatwo sprawdzić ile sprzedaje. Wystarczy dokonać dwóch zakupów (fikcyjnych lub też nie) np. na początku i końcu danego miesiąca, aby sprawdzić ile zamówień zostało złożonych w tym okresie. Dla uwiarygodnienia wyników można przyjąć, że około 2-3% zamówień zostanie niezrealizowanych z różnych względów. Na podstawie liczby zamówień można oczywiście dalej ocenić wielkość sprzedaży.

Ponadto niektóre sklepy przyznają swoim użytkownikom numery np. "Jan Kowalski, numer klienta #532". Dodatkowo wciąż wiele sklepów w Polsce wymusza założenie konta przy składaniu zamówienia. Tak więc jeżeli jestem klientem nr 532, a moje zamówienie ma numer 1023 można spróbować ocenić powtarzalność zakupów. Tutaj jednak należy być ostrożnym i na te dane patrzeć z dystansem. Po pierwsze wielu klientów zakłada konto i nic nie zamawia. Po drugie niektórzy klienci zamawiali wiele razy. Trudno zatem wyrokować ilu klientów rzeczywiście wraca do sklepu, aby dokonać kolejnego zakupu.

Znacie inne sposoby? Widzicie jakieś wady w tych wymienionych przeze mnie?

Aktualizacja:

Czytelnik bloga, Marcin Budek, podesłał mi ten adres. Według Stat24 E-lady.pl miało w październiku 165 000 unikalnych użytkowników. Można zatem założyć, że Intymna.pl notuje dwa razy tyle - 330 000 UU, a jej CR wynosi około 1,5% (a nie jak wcześniej zakładałem - 2%). :-)

Zobacz więcej:

- Statystyki Alexa, kilka obserwacji,
- Sprawdzamy jak działa konkurencja.
2007-11-23 13:24
4. E-commerce Komentarze (5)
 Oceń wpis
   
Zapowiadana w pierwszej połowie roku porównywarka cenowa Radar.pl od kilku dni działa już oficjalnie. To, że e-klienci doczekali się kolejnego serwisu tego typu nie jest niczym nadzwyczajnym. Aktualnie można naliczyć ich kilkadziesiąt (wiele z nich wymienione zostało w komentarzu do tekstu o wyniszczarkach). Warto o tym wydarzeniu wspomnieć z kilku względów.

Po pierwsze, jak większość z Was wie, Radar.pl, to projekt portalu o2. Portal żyje głównie z wpływów reklamowych. Żeby wpływy reklamowe były większe trzeba zwiększyć zasięg. W tym celu przykładowo można stworzyć porównywarkę internetową. Wprost mówi o tym Michał Brański, członek zarządu o2.pl, który Radarem namierza użytkowników powyżej 30 roku życia.

Po drugie, porównywarka o2.pl nie pobiera żadnych opłat od sklepów. Integracja z nią jest darmowa, nie jest pobierana prowizja od sprzedaży. Cel? Zdobyć jak największą liczbę sklepów. Więcej sklepów, to więcej użytkowników, więcej odsłon - większy zasięg. Taki portal jak o2 stać na utrzymanie serwisu jak Radar.pl bez pobierania opłat od sklepów. Tym bardziej, że projekt ten wpisuje się w większy plan (patrz poprzedni akapit). Nie jest wykluczone, że Radar w ogóle nie ma w planach wprowadzać opłat w przyszłości, ale tutaj mogę tylko gdybać.

Po trzecie, ten projekt ma być pod koniec pierwszego kwartału 2008 roku drugą porównywarką w Polsce (druga porównywarka w Polsce w tej chwili - Nokaut.pl - to ponad milion unikalnych odwiedzin miesięcznie według badania Megapanel). Jestem przekonany, że tak będzie. Chętnie założę się o to z pierwszą chętną osobą (chętnych zapraszam do komentowania - stawka zakładu do ustalenia ;-)). Skąd ta pewność? Po prostu o2.pl nie raz już udowodniło, że potrafi zadbać o odwiedzalność swoich serwisów.

Właścicielom sklepów internetowych nie pozostaje nic innego jak się cieszyć. Można spróbować porównywarki we własnej branży i sprawdzić jak to działa bez żadnych opłat. Zdobyta wiedza na pewno się przyda.

A Wy co o tym myślicie?

Zobacz więcej:

- o2.pl: plany na IV kwartał,
- Nokaut.pl umacnia swoją pozycję na rynku.
2007-10-01 23:33
4. E-commerce Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
Wielu przyszłych właścicieli sklepów internetowych zastanawia się jak przebiega proces tworzenia sklepu. Mam tutaj na myśli zarówno aspekty techniczne, jak i marketingowe całego przedsięwzięcia. Podobnie było z Michałem Zaczkiem, szczęśliwym właścicielem Upiekszacz.pl - nowo powstałego sklepu z kosmetykami.

Kilka miesięcy temu Michał skontaktował się ze mną, wspominał o chęci założenia internetowego kosmetycznego sklepu, który miałby być konkurencyjny w stosunku do takich sklep jak Esentia.pl czy Pedet.pl. Porozumieliśmy się w sprawie współpracy i wzięliśmy się do roboty. Proces powstawania sklepu można podzielić na pewne etapy.

Faza wstępna, analiza, rozpoznanie

Upiekszacz.pl to sklep, który ma duże aspiracje do tego, aby odebrać trochę "tortu" swoim starszym konkurentom, w szczególności Esentia.pl. Michał doszedł do wniosku, że znajdzie się na rynku miejsce dla kolejnego dużego sklepu internetowego z kosmetykami. Internetowa branża kosmetyczna charakteryzuje się m.in. tym, że istnieje wiele sklepów, które nie mają szerokiego asortymentu. Wielu sprzedawcach skupia się tylko na niektórych markach lub też tylko na sprzedaży perfum. Michał postanowił postawić na sklep z szerokim asortymentem. W chwili obecnej nie jest jeszcze tak imponujący, jak w Esentia.pl, ale sukcesywnie dodawane są kolejne produkty.

Przed rozpoczęciem budowy sklepu dokonaliśmy więc oceny konkurencji. Dodatkowo ustaliliśmy jakie dodatkowe funkcjonalności znajdą się w Upiekszacz.pl. Postawiliśmy m.in. na certyfikaty. Przygotowane zostały także kupony rabatowe, którymi nagradzani będą chociażby zwycięzcy konkursów. W kolejce do realizacji czeka jeszcze kilka dodatkowych funkcjonalności.

- Wraz z Wojtkiem opracowaliśmy także plan rozbudowy funkcjonalności w sklepie. Na tej liście znalazły się między innymi takie rzeczy jak rozbudowa funkcjonalności związanych z menu produktowym oraz wyszukiwaniem kosmetyków, udostępnienie użytkownikom mechanizmów „cyklicznych” zakupów itp. - mówi Michał Zaczek, właściciel.

Makiety

Kolejny krok to stworzenie makiet. Makiety ostatecznie określają rozmieszczenie poszczególnych elementów w sklepie, a także zawierają wszystkie wytyczne odnośnie użyteczności. Po akceptacji makiet i naniesieniu poprawek mieliśmy ostateczny kształt tego, jak ten sklep ma wyglądać. Polecam każdemu rozpoczęcie prac nad sklepem od stworzenia tego typu prototypów. W tym celu można wykorzystać chociażby program do tworzenia prezentacji czy też zwykły arkusz kalkulacyjny.

Projekt graficzny

Grafiką zajęła się agencja interaktywna Ibero. Po dostarczeniu makiet wystarczyło przekazać tylko kilka wytycznych. Zdecydowaliśmy się na prosty, przejrzysty projekt, który zbuduje u odwiedzających pozytywne wrażenie i nie odrzuci ich przepychem.

Wdrożenie programisty

Sam silnik sklepu internetowego został zbudowany we współpracy z firmą Xpect.pl, która na swoim koncie miała już kilka udanych wdrożeń takich jak chociażby Rebel.pl czy Wec.com.pl. Programiście zajęli się oczywiście dostosowaniem grafiki do silnika sklepowego, jak i stworzeniem dodatkowych funkcjonalności, o których była wcześniej mowa. Po dokonaniu wdrożenia przyszedł czas na testowanie i wychwytywanie drobnych błędów i ustalanie ostatnich szczegółów. Sklep został zbadany z każdej strony.

Plan marketingowy i rozpoczęcie promocji

Jednocześnie trwały prace nad skonstruowaniem prostego planu marketingowego, w którym przekazałem Michałowi wytyczne dotyczące tego, w jaki sposób organizować marketing w Upiekszacz.pl.

Jeszcze przed uruchomieniem sklepu rozpoczęły się prace dotyczące promocji w wyszukiwarkach. Swoją pracę rozpoczął pozycjoner. Zwracam tutaj uwagę, że miało to miejsce w zasadzie przed samym uruchomieniem sklepu, aby szybciej osiągnąć zamierzane efekty.

Za ciekawostkę można uznać to, że każdy etap budowy sklepu opierał się na pracy zdalnej. Kontaktowaliśmy się ze sobą mailowo lub poprzez Skype. Moja rola sprowadzała się do koordynowania całego projektu. Całkowity koszt wykonania sklepu mieścił się w granicach 10 000 zł. Teraz ciężka praca przed Michałem, aby rozpocząć działania promocyjne i zwiększać sprzedaż.

- Obecnie nasze działania skupiają się nad rozbudowaniem asortymentu sklepu. Na początek w sklepie umieszczamy kosmetyki popularnych marek, następnie nadejdzie czas na wyszukiwanie i dodawanie do oferty kosmetyków niszowych i trudno dostępnych. Na kolejnym miejscu znajduje się cena - planuje.

p.s. Jeżeli chcesz zbudować sklep ze mną po prostu napisz do mnie. :-)
2007-09-23 23:01
4. E-commerce Komentarze (4)
 Oceń wpis
   
W poniedziałek uruchomiono nową wersję Hoopla.pl. Podobnie jak Agito.pl, Hoopla aspiruje do wejścia na giełdę. Prawdopodobnie m.in. z tych względów trwają prace nad tym, aby zaprezentować lepsze wersje swoich sklepów. Muszę przyznać, że podoba mi się nowa Hoopla. Sam wygląd odświeżony, jak to bywa w takich przypadkach bez rewolucyjnych zmian. Wygląda na pewno nowocześniej i lżej. Znacznie lepiej zoptymalizowano stronę produktu. Nie ma już nietypowego i dziwnego przycisku o treści "dodać do koszyka" oddalonego gdzieś daleko od reszty informacji na stronie. Hoopla ma również nowy proces zamówienia, za który także należą się pochwały. Od poniedziałku użytkownik już w koszyku może sprawdzić koszty wysyłki. Tam też dowie się o tym, że za płatność kartą przyjdzie mu dodatkowo zapłacić (Hoopla obarcza klienta kosztami transakcji o czym była mowa w archiwalnej już notce). Podsumowując zmiany, można uznać je za krok w dobrą stronę. Oczywiście przyczepić można się jeszcze do wielu szczegółów, ale zarządzający sklepem obrali z pewnością właściwy kierunek.

Żeby jednak za bardzo nie słodzić - czas na kilka słów prawdy. Tak się złożyło, że zmiany w Hoopli doświadczyłem na własnej skórze. Jak? Po prostu dokonałem tam zakupu. Było tak:

1. We wtorek, 28 sierpnia kupiłem tam jeden produkt. Standardowo założyłem konto w sklepie, gdzie mogłem śledzić, co dzieje się z moim zamówieniem. Dostępność produktu była oznaczona jako "3-5 dni". Natychmiast po zamówieniu zapłaciłem przelewem za towar. Moje zamówienie "zostało przyjęte".
2. Po bodajże dwóch dniach zamówienie "przyjęto do realizacji".
3. W ciągu weekendu Hoopla była niedostępna (nie można było np. zalogować się na konto w sklepie). Na stronie widniała informacja o wprowadzanych zmianach, które mają ułatwić dokonywanie zakupów w przyszłości.
4. W poniedziałek sklep nie działał jeszcze w 100% sprawnie, ale po dużych zmianach można to zrozumieć. Niestety po zalogowaniu się do panelu klienta okazało się, że moje zamówienie gdzieś zniknęło. Moje dane zostały za to poprawnie zaimportowane ze starej wersji. Oczywiście link, gdzie mogłem sprawdzić status zamówienia z maila, którego dostałem po zamówieniu nie działał - zmienił się adres. Podobnie adresy, jakie miałem zapisane w przeglądarce (historia odwiedzin) np. bezpośrednio do strony, gdzie można się zalogować.
5. Próbowałem wyjaśnić to korzystając z tego formularza. W poniedziałek jeszcze nie działał poprawnie lub też działał, ale nie wyświetlał komunikatu o tym, że moje zapytanie zostało wysłane. (Co ciekawe wypełniając formularz treścią wiadomości nie można przejść do następnego wiersza.)
6. Przy okazji uświadomiłem sobie, że Hoopla nigdzie nie podaje numerów telefonów lub też nie potrafiłem ich znaleźć.
7. Przeglądając listy, jakie dostałem po złożeniu zamówienia odnalazłem maila do osoby, która zajmuje się moim zamówieniem. Napisałem do pracownika sklepu, by na drugi dzień przeczytać, że towar, który zamówiłem jest niedostępny i ewentualnie mogę kupić inny model. Jakoś nie miałem ochoty.

Co można było zrobić lepiej:

1. Jako klient, którego zamówienie miało być realizowane w trakcie zmian nie zostałem uprzedzony mailowo o możliwych niedogodnościach.
2. Po tygodniu od zamówienia dowiedziałem się, że zamawianego towaru po prostu nie ma. Ciekawe, czy gdybym nie napisał maila dostałbym taką wiadomość. Żeby była jasność... wiem, że takie rzeczy (niedostępne produkty) zdarzają się w e-sklepach. Podobnie miałem przy zakupach w Positivo (wtedy też "wykorzystałem" ten sklep do napisania notki). Przyznaje się do tego większość e-sprzedawców. Moja firma też sprzedaje wysyłkowo i takie przypadki też nam się zdarzyły. Wystarczy jednak o tym poinformować - zadzwonić, napisać. Hoopla o niczym mnie nie poinformowała, a jak już pisałem dostępność produktu była oznaczona jako "3-5 dni".
3. Zmieniono adresy m.in. do sprawdzenia statusów zamówienia. A zatem informacje jakie dostałem w liście po zamówieniu stały się bezużyteczne.
4. Sklep nie działał przez cały weekend. Pamiętam, że z Agito było podobnie. Nie przypominam sobie jednak takich utrudnień w przypadku przebudowy Merlin.pl, czy Militaria.pl (jeśli były to można o tym napisać ;-)).
5. Moje zamówienie nie zostało wyświetlone w nowym panelu klienta. Być może tam dowiedziałbym się, że tego produktu nie ma.
6. Jak szczerze napisał mi pracownik sklepu, w czasie zmian pracownicy sklepu nie mieli możliwości sprawdzenia co dzieje się z zamówieniami. Trudno zatem obwiniać ich za brak kontaktu ze mną. Na całej linii zawaliła logistyka.

Z zakupu zrezygnowałem, pieniędzy jeszcze mi nie zwrócono. Kupiłem w Agito, które funkcjonuje o tyle lepiej, że "pozwala" wpłacić pieniądze dopiero w momencie, kiedy jest pewność, że produkt jest dostępny. Może mniej eleganckie rozwiązanie, ale przynajmniej obie strony unikają problemu kiedy przyjdzie wpłata, a towaru nie ma. Przy większych kwotach może to powodować stres u niedoszłych klientów ("zwrócą mi te 3000 zł czy będą kręcić?").

p.s. Dodałem sporo nowych linków z boku i uporządkowałem te, które już były. Pamiętam, że kiedy zaczynałem pisać, blogów o handlu w sieci nawet w USA było jak na lekarstwo. Dzisiaj jest ich całkiem sporo. Warto dodać je sobie do własnych RSSów i czytać. :-) Prawdopodobnie niebawem przebuduję nieco kategorie wpisów, ale o tym kiedy indziej.

Zobacz więcej:

- Jak nie należy prowadzić sklepu internetowego.
2007-09-05 20:41
4. E-commerce Komentarze (2)
 Oceń wpis
   
Landing pages to określenie na podstrony, gdzie "ląduje" użytkownik po przejściu do serwisu np. z reklamy bannerowej czy mailingu. Cała zabawa polega na tym, aby dać internaucie dokładnie to czego się spodziewa klikając na banner, link w mailingu etc. Landing pages często sprowadza się do tworzenia nowej podstrony dedykowanej specjalnie dla danej kampanii z wyraźnym nawoływaniem do jakiejś akcji (zapisanie się na newsletter, wzięcie udziału w konkursie). Dużo o całej idei można przeczytać np. na blogu Opcom, czy u Tomka Karwatki. Sam chciałbym skupić się na tym, jak wiedzę o tym zagadnieniu wykorzystać w e-sklepach.

W przypadku sklepów internetowych niekoniecznie trzeba kombinować z tworzeniem nowych podstron. Oczywiście, to ma sens w przypadku, kiedy mamy coś konkretnego do powiedzenia - organizujemy jakiś konkurs, czy inne wydarzenie. Moim zdaniem jednak w większości przypadków osiągniemy dobre efekty poprzez przekierowanie użytkowników w odpowiednie miejsca w sklepie (na zachodzie też nazywa się takie strony jako "landing page"). Najpierw jednak zastanówmy się dla jakich form reklamowych powinniśmy korzystać z tego typu rozwiązań.

Gdzie wykorzystać landing page?

Wymienić można kilka podstawowych:

1. Kampanie SEM - tutaj możliwości są bardzo duże, tworząc np. reklamy Adwords możemy przekierować ruch w dowolne miejsce reklamowanej strony.
2. Mailingi, newslettery - tutaj możliwości są takie same - możemy podesłać użytkownikowi odnośnik do miejsca, które najlepiej odda treść mailingu. Przykładowo konstruując maila do klientów z informacją o promocji na produkt X możemy przenieść go bezpośrednio na stronę tego produktu.
3. Bannery - rzadziej używana forma przez sklepy internetowe, nie mniej jednak i tu możemy postąpić zupełnie tak samo. To najprawdopodobniej z myślą o bannerach powstał pomysł na tworzenie landing pages.

Jak wykorzystać?

W tekście skupię się na kampanii SEM, bo tutaj propozycji wykorzystania jest najwięcej. Niedługo uruchamiam własną kampanię SEM, jej organizacją i nadzorem zajęła się agencja Bluerank. Kampania dotyczy sklepu internetowego. Ustaliliśmy, że użytkowników przekierowywać będziemy w następujące miejsca:

1. Strona główna dla najbardziej ogólnych haseł.
2. Strona produktu na zapytania dotyczące konkretnych i pełnych nazw marek / nazw produktów.
3. Specjalnie przygotowana strona ze spisem marek danego producenta - tutaj będziemy przekierowywać użytkowników, którzy pytają o dane marki, ale do wyszukiwarki nie wpisują pełnych nazw.
4. Na niektóre zapytania można użytkowników przekierować na odpowiednie strony kategorii.

Wiele zależy od branży, ale myślę, że w zdecydowanej większości przypadków można podążyć podobnym tropem. Ameryki oczywiście nie odkryliśmy, ale i tak 50% sklepów w ogóle nie zaprząta sobie tym głowy.

Landing page w praktyce

Świadomość wśród właścicieli sklepów na pewno wzrasta. Wpisując np. konkretną nazwę produktu - "Canon Powershot a560" - do Googla można zauważać, że każdy z reklamujących się w Adwords sklepów lub porówywarek w jakiś sposób stosuje landing page. E-cyfrowe.pl przenosi bezpośrednio na stronę produktu. Podobnie robi Skapiec.pl. Z kolei Pixmania.pl i Ceneo.pl serwują użytkownikom stronę kategorii dla aparatów Canon. Oczywiście oba rozwiązania są lepsze niż zaprezentowanie strony głównej. Które lepsze? To już powinny wykazać wskaźniki konwersji i testy porównawcze.

Z kolei wpisując "Canon Powershot" E-cyfrowe.pl przenosi już na stronę główną. Z pewnością użytkownikowi wygodniej byłoby gdyby znalazł się na stronie z aparatami tej serii zamiast szukać ich na stronie głównej.

Typowy antyprzykład jak nie należy tworzyć landing page można obejrzeć na tym filmiku (polecam także inne materiały z tego bloga).


Jak widać wpadki zdarzają się nawet dużym. Innym powszechnym problemem jest przekierowywanie na stronę główną dla wszystkich haseł związanych ze sklepem, wykorzystując przy tym często dynamiczne nagłówki reklam. Efekt jest taki, że użytkownik spodziewa się informacji o konkretnym produkcie, a na stronie głównej go nie znajdzie (no chyba, że wpadnie na to, aby skorzystać z wyszukiwarki).

Generalnie bardzo łatwo jest wytykać takie uchybienia. Kiedy jednak trzeba zarządzać co najmniej kilku tysiącami produktów sprawa wcale nie jest taka prosta. Sklepy skarżą się na brak oprogramowania, które pozwoliłoby lepiej i skuteczniej zarządzać dużymi kampaniami.

Jutro postaram się dalej kontynuować ten temat pisząc o ciekawej idei, która niedawno narodziła się w Stanach.

Zobacz więcej:

- Landing page - strona docelowa,
- Landing pages,
- Does your web site stink?.
2007-09-03 14:36
4. E-commerce Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
Dzisiaj o porównywarce cen, która poszła inną drogą w stosunku do swoich konkurentów, ale skazana na porażkę na pewno nie jest. O kim mowa? O Smartshopper.com.

Jak to działa? Wystarczy zainstalować plug-in do przeglądarki, odwiedzać swoje ulubione sklepy, a Smartshopper będzie automatycznie informował nas czy w innych miejscach nie jest czasem taniej, czy bezpieczniej (komentarze internautów o sklepie). Porównywanie ofert rozpocznie się w momencie odwiedzenia jakiejś strony produktu. Podstawowa wada: póki co wtyczka działa tylko dla Internet Explorer. Wiem, że nie lubicie tej przeglądarki (niespełna 30% z Was odwiedziło bloga w sierpniu za pośrednictwem IE). Smartshopper ma jednak uruchomić rozszerzenie dla Firefoxa jeszcze w tym roku.

Najtwardszy orzech do zgryzienia przez Smartshopper to pytanie, jak zmienić przyzwyczajenia kupujących. W USA serwisy porównujące ceny istnieją już na tyle długo, że zdążyły przyzwyczaić internautów do tego, żeby zakupy rozpoczynać od ich odwiedzenia. Aktywne korzystanie z tej porównywarki wymaga odwrotnego podejścia. Zakupy należy rozpocząć od znanych sobie sklepów i na ich podstawie porównywać produkty z innymi ofertami. Z drugiej strony sytuacja w USA wygląda na tyle dobrze, że tam wiele sklepów istnieje już długie lata, internauci są do nich przywiązani - jedni kupują głównie w Amazon.com, inni w Target.com, jeszcze inni w Kmart.com etc. W takiej sytuacji Smartshopper to doskonałe narzędzie, żeby sprawdzić czy nie przepłacamy. Co więcej, można sprawdzić także ceny biletów lotniczych, hoteli czy wynajmu samochodów.

Na podstawie działu "partnerzy" można chyba wnioskować, że Smartshopper działa w kooperacji z innymi porównywarkami jak Shopping.com, Kelkoo.com, a także eBay (do przeszukiwania aukcji). Podobnie jest z opiniami internautów o sklepie - te pochodzą z Shopping.com (sprawdzałem dla dwóch sklepów). Model biznesowy to CPC. Prawdopodobnie Smartshopper rozlicza się prowizyjnie ze swoimi partnerami.

Moim zdaniem całkiem fajny biznes. Zamiast zajmować się obsługą sklepów można skupić się na rozwoju aplikacji i jej promocji. Projekt po niespełna półtora roku jest rentowny, pracuje nad nim 20 osób, a aktywnie korzysta z niego 2 mln użytkowników. Testowałem Smartshopper i muszę przyznać, że działa w porządku.

Widzicie szanse na powodzenie takiej porównywarki na naszym ciągle niedojrzałym rynku? Czy kupujący w Polsce mają już swoje ulubione sklepy?

Zobacz więcej:

- Smartshopper.com,
- SmartShopper is Shopping 2.0.

p.s. Już jutro (1 września, o godz. 13) Barcamp. Jako Wielkopolanin czuję się w obowiązku wspomnieć o tym spotkaniu. ;-) Mnie tam niestety nie będzie, a szkoda, bo chętnie posłuchałbym nt. "strategii długiego ogona w kampaniach AdWords". W imieniu organizatorów zapraszam wszystkich chętnych.
2007-08-31 13:54
4. E-commerce Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
Zdarza mi się słyszeć w rozmowach z właścicielami lub pracownikami e-sklepów wypowiedzi w stylu "w lipcu miałem X złotych sprzedaży, byłoby więcej, ale serwer nie działał Y dni". Maszyny tak, jak ludzie mają swoje chwile słabości. Przykład Skype z ostatnich dni świadczy o tym najlepiej. Jest sposób, żeby sobie z tym poradzić?

Taką nadzieję mają założyciele projektu Czytodziala.pl. W dużym uproszczeniu wystarczy wykupić abonament na korzystanie z usługi, aby robot monitorował stronę (sklep, czy jakikolwiek inny serwis internetowy). W przypadku, gdy coś będzie nie tak zostaniemy automatycznie o tym powiadomieni.

Pomysł ciekawy, ale można stwierdzić np.: "awarie zdarzają się wszystkim, administratorzy serwerów i tak dowiadują się o tym pierwsi, jaki jest cel w tego typu usłudze?". Niekoniecznie musi chodzić tylko i wyłącznie o duże awarie. Czytodziala.pl zbada także czy serwis wyświetla się poprawnie i w razie (odpukać) jakichś problemów powiadomi np. naszego programistę. Z doświadczenia wiem, że praca programistów na żywym organiźmie (czytaj sklepie) może zakończyć się aktualizacją oprogramowania do wersji, która po prostu nie działa. Byłem świadkiem, kiedy niedziałający proces zamówienia miał wpływ na brak zamówień przez dwa dni w całkiem sporym sklepie.

W jakim celu można jeszcze wykorzystać tę usługę? Chociażby po to, aby ocenić jakość naszego dostawcy, mieć lepszą kartę przetargową w negocjacjach z nim (to przyda się szczególnie tym dużym klientom, którzy nie zadowolą się zwykłymi serwerami wirtualnymi). Można również ocenić szybkość dostępu do serwera z różnych miejsc.

O ogólnym problemie dostępności ciekawie pisze Tomek Karwatka, osoba, która obok Dmitrija Zatukhina, stoi za tym projektem. Tomek we wpisie "Usability to nie wszystko" sucho kalkuluje, w jaki sposób krótki brak dostępności serwisu (zwłaszcza e-sklepu czu strony korporacyjnej) może mieć wpływ na spadek sprzedaży.

- Usługę sprofilowaliśmy pod kątem klientów eCommerce i korporacyjnych - dla nich zapewnienie poprawnego działania serwisu WWW jest najważniejsze.
- mówi Dmitrij Zatukhin, współtwórca serwisu.

Twórcy projektu specjalnie dla czytelników tego bloga przygotowali promocję. Wpisując przy rejestracji kod promocyjny: eCommer$e_50 można liczyć na 50% zniżki za pierwszy miesiąc korzystania dla każdego pakietu. W przypadku przedłużenia usługi zniżka wyniesie 10% do końca roku. Usługę można przetestować za darmo przez 14 dni.

Zobacz więcej:

- oficjalna informacja prasowa,
- Czytodziala.pl.
2007-08-30 22:20
4. E-commerce Komentarze (1)
 Oceń wpis
   
Sprzedawaliście coś kiedyś na aukcjach? Macie sklepy, w których zajmujecie się obsługą klienta? Podajecie tam swoje numery Gadu-gadu czy namiary na Skype? Łatwiej sprzedawać w kontakcie "bezpośrednim" z klientami? Zdecydowanie!

Do podobnych wniosków doszli włodarze sklepu Backcountry.com. Na swoją stronę wstawili livechat. Genialne, ale tak robi wiele sklepów... Nie każdy jednak w tak ciekawy sposób zachęca do rozmowy z pracownikiem sklepu.

Umówmy się, oferując livechat w sklepie skorzysta z niego pewna, najprawdopodobniej niewielka, część odwiedzających. Gdyby tak w przemyślany sposób zachęcać odwiedzających do komunikacji z pracownikiem sklepu? W Backcountry.com do rozmowy na chacie zapraszano:

- w momencie kiedy użytkownik odwiedził dział pomocy,
- kiedy użytkownik jest w bezruchu przez dłużej niż 2 minuty,
- kiedy opuści proces zamówienia,
- kiedy odwiedza podobne do siebie produkty w krótkim odstępie czasu,
- kiedy wejdzie do sklepu za pośrednictwem wyszukiwarki, wpisując konkretną frazę.

Dalej skupiono się na personelu. Miał być nie tylko miły i fachowy, powinien również potrafić sprzedawać. Można tutaj wymienić przede wszystkim up-selling i cross-selling.

Efekty były niesamowite. Użytkownicy, którzy kontaktowali się poprzez chat kupowali średnio o 61% więcej od tych, którzy tego nie robili. Co więcej, wskaźnik konwersji dla tych pierwszych wynosił 14% wobec 1,7% dla całego sklepu. Więcej szczegółów można wyczytać w case study przygotowanym przez Marketingsherpa.com.

Gdzie wykorzystać takie rozwiązanie? Osobiście widzę duży potencjał szczególnie w takich branżach jak AGD, elektronika, czy broń (zarówno Militaria.pl, jak i Bron.pl korzystają już z livechatów). Czy to może być przyszłość dla e-sklepów? Dlaczego nie. Jeśli dodać do tego głos (telefonia internetowa ciągle się rozwija) może okazać się, że niebawem po wejściu do sklepu zostanie nam przydzielony "przewodnik", który pozwoli lepiej dobrać produkty i... przy okazji "zedrzeć" z nas możliwie dużo pieniędzy. Czy koniecznie musi to być pracownik sklepu? Ikea w tym celu testuje panią Annę, która jest wirtualnym botem. Jej wiedza póki co pozostawia dużo do życzenia, ale technika przecież idzie do przodu. ;-)

Zobacz więcej:

- How to Lift Average Order Value 61% - 5 Simple Steps,
- Czy telemarketerzy to oszuści?,
- Backcountry.com.
2007-08-30 12:05
4. E-commerce Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
Internet Standard i Gazeta.pl organizują wspólną konferencję pod nazwą "Ecommerce Standard 2007". Jako, że jest to jedna z nielicznych konferencji, która skupia się tylko i wyłącznie na tematyce handlu internetowego warto trochę o niej wspomnieć.

Program jest długi. Szczególnie ciekaw jestem kilku wystąpień m.in. przedstawicieli Merlin.pl i Empik.com - Krzysztofa Jerzyka i Tomasza Ciska - w przecistawnych prezentacjach. Generalnie wszystkie wystąpienia kierowane są raczej do dużych graczy na rynku, jeśli nie tych największych. Przykładowo cały blok nazwany "Sposoby na pozyskiwanie i utrzymywanie klientów w sieci" będzie prezentował studia przypadku przygotowane przez duże domy mediowe dla dużych firm takich jak Allegro czy Home.pl. Na pewno brakuje czegoś na mniejszą skalę jak np. kampanie SEM dla mniejszych sklepów. Tematyka wyszukiwarek została jak zwykle sprowadzona do Netsprint.pl, którego udział w rynku można szacować na kilka procent.

Koszt konferencji to 800 zł netto. W zasadzie kolejna, po programie, bariera dla mniejszych e-sklepów. Rodzi się pytanie, czy jest zapotrzebowanie na tego typu konferencje, ale tańsze, nie organizowane tylko i wyłącznie dla zysku, które objęłyby swoim programem także te mniejsze sklepy? Być może potrzeba tu jakiejś niezależnej instytucji.

p.s. Czy ktoś z Was się wybiera?

Więcej informacji:

Ecommerce Standard 2007
2007-08-27 14:27
4. E-commerce Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
We współpracy z Grzegorzem Chodakiem kontynuujemy temat gospodarki magazynowej. Po tekście, który można uznać za "wstępniak" do tematu zapraszamy wszystkich właścicieli sklepów internetowych do wypełnienia krótkiej ankiety.

Ankieta ma na celu wskazać jak polskie e-sklepy zarządzają gospodarką magazynową, a także ujawnić główne problemy z niej wynikające. Po uzyskaniu odpowiedniej próby przyjdzie czas na analizę.

Ankieta jest w całości przygotowana przez Instytut Organizacji i Zarządzania na Politechnice Wrocławskiej. Jej wypełnienie nie powinno trwać dłużej niż 3 minuty. Zapraszamy - http://webankieta.pl/ankieta/w1hpo3cn5iww/p. :-)
2007-08-24 12:32
4. E-commerce Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
W kwietniu napisałem całkiem głośny tekst o porównywarkach internetowych, które nazwałem wyniszczarkami. Pod artykułem pojawił się wtedy komentarz Michała Jaskólskiego z Nokaut.pl, który pisał:

"W Nokaucie, który jest obecnie jedną z trzech wiodących porównywarek w Polsce (ostatnio ok. 45-50 tysięcy UU dziennie wg. gemiusTraffic) przyjęliśmy inne założenie.

Miejsce oferty na stronie produktu zależy u nas nie tylko od ceny, ale też od zadeklarowanej maksymalnej stawki za przejście do sklepu wpisanej przez właściciela sklepu w panelu. System działa więc podobnie jak Google AdWords.

Oznacza to, że sklep może być na samej górze nawet jeśli nie oferuje najniższych cen. Oczywiście internauta może sobie w każdej chwili ułożyć oferty według ceny, ale w praktyce robi tak tylko część odwiedzających.

Podstawowa stawka za przejście to jedynie 7 groszy, czyli dużo mniej niż u konkurencji (więc próg wejścia jest niski), ale niektóre sklepy ustawiają stawkę maksymalną na kilkadziesiąt i więcej groszy by skierować do siebie więcej potencjalnych klientów. Zadeklarowana stawka to stawka maksymalna. W praktyce stawka zależy od stawek zadeklarowanych przez konkurencję dla danego produktu. Jeśli jeden sklep zadeklaruje 40 groszy, drugi - 20 groszy, to ten pierwszy za przejście zapłaci jedynie 21 groszy (20 groszy + 1 grosz). [...]

Wbrew obiegowym opiniom, niektóre porównywarki są zatem atrakcyjne także dla dużych, niekoniecznie najtańszych sklepów.

Komputronik czy Merlin wchodząc do Nokautu mógłby zyskać wiele tysięcy potencjalnych klientów tygodniowo niewielkim kosztem. Ustawiając zaś stawkę za przejście na odpowiednim poziomie, mógłby zagwarantować sobie pierwsze miejsce na liście ofert na stronach produktowych. To samo może zrobić i mały sklep, który powstał dopiero niedawno i chce zdecydowanie zwiększyć sprzedaż."


Czyli podsumowując Nokaut.pl wyróżnia na rynku model CPC (cost per click) znany doskonale z linków sponsorowanych w wyszukiwarkach. Była to swego rodzaju odpowiedź na mój zarzut, że w porównywarkach liczą się głównie najtańsi. W praktyce wygląda to tak:

1. Pralka BOSCH WLF 20260 PL - początek listy sklepów według modelu CPC.



2. Pralka BOSCH WLF 20260 PL - początek listy sklepów według ceny (użytkownik musi zdefiniować, że chce sortować produkty wg ceny):



Jak widać są to dwie różne listy. Na pierwszej jedną z pierwszych pozycji zajmuje stosunkowo drogi (przynajmniej dla tego produktu) RTV Euro AGD, listę otwiera Max24.pl, w którym ta pralka jest o 116 zł droższa od najtańszej oferty - Torres.pl.

Model CPC w porównywarkach jest moim zdaniem biznesowo uzasadniony. Sklepy zyskują wiele - nie muszą walczyć cenowo, droższe oferty mogą startować z lepszych pozycji pod warunkiem, że zapłacą. A zapłacą jeżeli będzie się im to opłacać (tutaj wkraczamy w tematykę konwersji). Z kolei dla samej porównywarki model CPC też jest w porządku. Sklepy w walce o klienta podbijają stawki za kliknięcie, które siłą rzeczy stają się wyższe.

Pozostaje jedno bardzo ważne pytanie: co na to sami użytkownicy porównywarek? Okazuje się, że oni nie widzą tego tak pozytywnie. Według tego badania aż 47% użytkowników porównywarek stwierdziło, że nie będzie więcej używać porównywarek po tym, jak dowiedzieli się, że na czele list znajdują się ci, którzy zapłacili najwięcej. Dodać tutaj trzeba, że model CPC jest znacznie bardziej popularnych w zachodnich serwisach tego typu, aniżeli w Polsce. Trzeba powiedzieć sobie jasno - model CPC jest niejako odejściem od idei porównywania cen. Porównywarki powstały jako serwisy mające pokazywać ich użytkownikom, gdzie mogą kupić produkt najtaniej. Porównywarka z definicji miała pokazywać produkty od najtańszego do najdroższego. Model CPC tego nie przewiduje. Można nawet stwierdzić, że ten obraz zaciemnia.

W Nokaut.pl domyślnie prezentowane są oferty według kosztu za kliknięcie. Użytkownik może zmienić to na sortowanie według ceny klikając w link "ułóż oferty według ceny". Jednak jak w kwietniu pisał Michał Jaskólski "robi to tylko część". Tytuł notki informującej o badaniu, do którego się odwołuję brzmi "The end of price comparison sites?". Czy to rzeczywiście koniec? Moim zdaniem tytuł jest zdecydowanie na wyrost. Do całej sprawy rozsądnie ustosunkowuje się Linda Bustos na blogu Get Elastic. Uważa ona, że porównywarki to zbyt pożyteczne serwisy, aby mogły ot tak zniknąć.

Nie oznacza to jednak, że nie warto zastanowić się, w jaki sposób zrównoważyć te dwie sprawy: prezentacje produktów względem kosztu kliknięcia, a ceny. Jeden ze sposobów podpowiada właśnie Linda. Proponuje na stronach porównywarek lepiej eksponować sortowanie względem ceny. Moim zdaniem całkiem dobrym pomysłem byłoby zapamiętanie preferencji użytkowników. Przykładowo, w przypadku kiedy dany użytkownik podczas jednej wizyty X razy sortował produkty względem ceny przy kolejnych wizytach możemy domyślnie wyświetlać produkty od najtańszych. Zresztą o preferencje przeglądania produktów możemy zapytać samych użytkowników wprost. I choć nasz model biznesowy może na tym ucierpieć, klienci powinni być bardziej zadowoleni.

Pozostaje także pytanie jaka jest wiedza użytkowników Nokaut na temat tego typu rozwiązań. Ilu z nich nie zdaje sobie sprawy z tego, jak skonstruowana jest lista? Obawiam się, że wielu. Porównywarki to serwisy, które odwiedzają także bardzo początkujących użytkownicy sieci.

Czekam na wypowiedź ze strony Nokaut.pl. Jak tylko się pojawi opublikuję ją pod tekstem. Co o tym myślicie?

Zobacz więcej:

- The end of comparison sites?
- Comparison engines losing steam? Shoppers balk at CPC model.
2007-08-22 23:00
4. E-commerce Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
W nieco ponad rok od premiery "Jak założyć skuteczny i dochodowy sklep internetowy" wydana została druga książka, której jestem współautorem. Jej tytuł to "Allegro. Jak zarabiać duże pieniądze na aukcjach internetowych". Doświadczenia z mojej poprzedniej książki nakazują mi napisać kilka słów.

Przede wszystkim dla kogo jest ta książka? Jako jeden ze współautorów zalecam ją w szczególności początkującym lub przyszłym sprzedawcom. Nie oszukujmy się, platformy aukcyjne są na tyle proste, że każdy jest w stanie nauczyć się ich obsługi, jak i stworzenia odpowiednio dobrych i skutecznych aukcji. Rzecz jasna, nie wszyscy chcą wyważać otwarte drzwi. To z myślą o takich czytelnikach książkach została napisana. Jeśli chcesz mieć podstawową wiedzę, zahaczającą także o nieco bardziej szczegółowe aspekty handlowania na aukcjach, w jednym miejscu - ta książka jest dla Ciebie.

Chciałbym równocześnie napisać coś, co powinienem był napisać zaraz po premierze pierwszej książki. Pamiętam jak wtedy niektórzy czytelnicy zarzucali mi, że książka jest zbyt ogólna i przekrojowa. W większości przypadków swoją opinię wyrażali w oparciu o blog. Myślę, że należy rozdzielić dwie kwestie: mój blog i moje książki. Pisanie specjalistycznych książek raczej nigdy nie będzie dla mnie opłacalne w Polsce (niewielkie grono czytelników zainteresowanych takimi publikacjami). Od bardziej specjalistycznych tekstów jest ten blog. Mam nadzieję, że spełnia swoją rolę. W książkach znajduje się zazwyczaj mniej zaawansowana wiedza, która trafi do szerszego grona odbiorców (książkę o aukcjach w kilka dni po premierze kupiło ponad pół tysiąca osób).

Ktoś w komentarzu pod ostatnią notką napisał, że sprzedaję marzenia. Jeśli ktoś sprzedaje marzenia, to jest to wydawnictwo, które tę książkę wydało. :-) Faktycznie, tytuł można uznać za zabieg marketingowy, ale generalnie uważam, że nikt marzeń tu nie sprzedaje.

Jeśli jeszcze nie zniechęciłem do kupna, to zapraszam na strony wydawnictwa. :-)

p.s. Chciałbym jednocześnie zapowiedzieć to, że najprawdopodobniej powstanie kolejna wersja książki o sklepach internetowych. Myślę, że będziecie z niej zadowoleni.
2007-08-12 23:16
4. E-commerce Komentarze (1)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |