Oceń wpis
   
Kiedy słyszymy hasło "e-commerce" myślimy o sklepach internetowych. Niektórzy dodadzą produkty niematerialne takie jak usługi turystyczne, czy sprzedaż ubezpieczeń. A gdyby tak oferować... wyceny mieszkań? Z takim pomysłem wystartował serwis Snajp.pl.

W lutym pisałem o serwisach e-commerce 2.0 na podstawie tej listy. Jednym z serwisów e-commerce 2.0 wymienionych tam jest amerykański Zillow.com. W okresie boomu na nieruchomości w Polsce rynek potrzebował takiego serwisu. Odpowiedzią na to jest właśnie Snajp.pl.

Jak to działa? Wystarczy się zarejestrować, aby móc dokonać wyceny mieszkania/domu w oparciu o takie kryteria jak metraż, lokalizacja czy rok budowy (kryteriów jest więcej). Serwis może przydać się komuś, kto chce sprzedać mieszkanie, jak i temu kto chce je kupić. Mogą go wykorzystywać agencje nieruchomości, czy też indywidualni inwestorzy. Może pomóc także rzeczoznawcom.

Zanim zdecydowałem się napisać ten teks zastanawiałem się czy Snajp to rzeczywiście e-commerce. Wiele zależy od tego jak zdefiniujemy handel elektroniczny. Model biznesowy tego serwisu opiera się tak naprawdę na sprzedaży tych wycen. W wersji darmowej można dokonać do 3 wycen. Jeśli ktoś potrzebuje więcej musi płacić. A zatem w moim odczuciu jest to bardzo ciekawy przykład na coś, co można nawet nazwać sklepem internetowym. Mamy bowiem gotowy produkt (wycenę), którą sprzedajemy naszym klientom.

Czy takie sklepy mają rację bytu? Oczywiście. W Snajpie w ciągu 2 dni zarejestrowało się ponad 600 osób. Koszty takiego biznesu są zdecydowanie niższe niż klasycznego sklepu internetowego. Odpada cała masa problemów logistycznych związanych już z samym towarem. "Wystarczy" dbać o to, aby taki serwis był cały czas udoskonalany, no i oczywiście o stały przypływ nowych użytkowników, którzy mają szansę zostać klientami.

Jak Wy to oceniacie?
2007-08-09 23:44
8. Portrety e-sklepów Komentarze (1)
 Oceń wpis
   
Od jakiegoś czasu staram się na blogu mniej krytykować (zauważyliście? :-)). Myślę, że eksponowanie dobrych przykładów przynosi lepsze efekty. Nie od dzisiaj wiadomo, że lepiej uczymy się od lepszych. W tym tekście będę jednak krytykować.

Mam na myśli A.pl, sklep internetowy należący do giełdowej spółki Action, największego dystrybutora IT w Polsce. Jak to zwykle bywa, zapowiedzi prasowe były zachęcające. Byłem i jestem przeciwnikiem tego typu sklepów (sprzedaż artykułów spożywczych, elektroniki, a zarazem "pranie garniturów"), ale nie o to chodzi. Spodziewałem się dobrego sklepu. Co jak co, ale myślę, że giełdowej spółce wypada mieć dobry sklep, zwłaszcza jeśli ma się takie plany, jakie ma w przypadku A.pl. Tylko tyle i aż tyle.

Sklep istnieje już od jakiegoś czasu, nie zachwycił mnie niczym. Czara goryczy przelała się jednak w momencie, kiedy miałem okazję zapoznać się z wywiadem udzielonym CRN przez prezesa Action - Piotra Bielińskiego. Jako, że nie mogę udostępnić całego wywiadu (jest dostępny tylko dla prenumeratorów) pozwolę sobie zacytować krótką, ale bardzo wymowną część wywiadu:

"CRN: A jeśli już na starcie będzie wielokrotnie więcej zamówień? Nie pojawią się problemy z realizacją? [pytanie dotyczy możliwości obsługi zamówień przez A.pl przyp. red.]

Piotr Bieliński: Serwer na pewno się nie zapcha. Chcemy rozwijać sklep metodą małych kroków. Nie mamy zamiaru dopuścić do tego, w co na przykład wpakował się Amazon. W listopadzie zeszłego roku zrobił promocję konsoli do gier i obniżył cenę z 299 dol. na 99 dol. Sprzedał 1000 konsoli w ciągu 28 sekund, tyle że przy okazji zablokował sobie serwery na trzy dni. Trzy dni bez sprzedaży - to dla niego katastrofa. Ja mam lepsze oprogramowanie niż Amazon i jestem zdecydowanie bardziej rozsądny."


Szczerze mówiąc, ostatnie zdanie to nawet trudno skomentować. Podobnie trudno porównywać A.pl z Amazon. To na czym swoją potęgę zbudował i ciągle buduje Amazon, czyli rozwijanie inteligentnego oprogramowania - personalizacja zakupów (a w zasadzie dopiero jej początek), działania cross-sellingowe, inne aspekty, o których wspominałem i nie tylko, w A.pl w ogóle nie występują. Co więcej, gdyby A.pl przypadkowo obniżyło cenę trzykrotnie np. na ten produkt, to prawdopodobnie nikt by tego nie zauważył (małe zainteresowanie sklepem). Tak więc na początku należałoby życzyć A.pl, żeby ich serwery miały kiedyś okazję "zapchać się". Niestety, ale jest to dość wyrazisty przykład na to, że prezesi dużych firm mają bardzo blade pojęcie o branży internetowej, czy e-commerce. Oczywiście zakładam, że wypowiedź nie była żartem.

Odbiegając już od tego tematu warto przyjrzeć się jak te "spożywczaki" są promowane. Dużą rolę odgrywa public relations. Przykładowo jakieś trzy numery temu pojawił się w "Newsweeku" artykuł poświęcony w dużej mierze Frisco.pl. W zasadzie nie ma się czemu dziwić - temat dla mediów całkiem dobry, a klasyczne sposoby na promocję takich sklepów wydają się nieco nadszarpnięte. Przeciętny warszawiak, który jest zainteresowany robieniem zakupów w sieci zamiast chodzić do hipermarketów, podchwyci adres sklepu z artykułu i wpisze go do przeglądarki.

p.s. Dziękuję Rafałowi za pomysł notkę i podesłanie wywiadu.
2007-06-18 15:10
8. Portrety e-sklepów Komentarze (5)
 Oceń wpis
   
Jest wiele tradycyjnych firm, które oferują jakiś, często atrakcyjny, towar. Po cichu zastanawiają się nad ekspansją do sieci, ale... nie robią tego, bo nie wiedzą jak. Przyczyny są często takie same: kierownictwo "nie zna się" na internecie, nie ma rozeznania w branży, cenach. Ich problemem jest to, że wszystko chcą robić sami. No a jeżeli brak wiedzy i doświadczenia, to takie propozycja pozostają tylko propozycjami. Innym tropem podążyła firma Autoremo.

Autoremo sprzedaje zamienne części do samochodów. Na rynku wyróżnia ich bogaty asortyment i doświadczenie, dzięki którym mogą być atrakcyjni na rynku internetowym. Firma nawiązała współpracę z portalem Interia.pl, który zbudował sklep - Wszystkodoauta.pl. Co więcej, portal zapoczątkował działania promocyjne. Można wymienić tu public relations (pytanie za 100 punktów: skąd dowiedziałem się o tym projekcie?), mailingi (w przypadku Interii można wyselekcjonować odpowiednią dla tej branży grupę docelową) czy reklamy w dziale motoryzacja. Sklep dostał wsparcie ludzi z branży. Dzięki temu powstał i ma szanse na rozwój.

Warto wspomnieć również o samej Interii. Jak widać na przykładzie Wszystkodoauta.pl, e-commerce w wykonaniu portali internetowych to niekoniecznie musi być pasaż handlowy (na Interii już w okrojonej formie), integracja z porównywarkami, czy nawiązywanie współpracy z serwisami aukcyjnymi (np. Allegro w Wirtualnej Polsce). Interia stworzyła sklep kreując markę niezwiązaną w żaden sposób z portalem. Nie wiem jak Wy, ale ja nie znam innego takiego przykładu w polskiej sieci. Można chyba mówić o stworzeniu nowej kategorii w kreowaniu portalowych dochodów.

W mojej krótkiej (ale pracowitej ;-)) działalności komercyjnej obsłużyłem kilku klientów, którzy inwestują w internet z innej branży (projekty niebawem ujrzą światło dzienne). Nie mieli rozeznania na rynku lub było ono mgliste, więc zgłosili się do kogoś, kto zajmie się tym za nich. To co jest zrozumiałe dla takich ludzi niekoniecznie musi być dla innych. Dlatego warto pisać o takich firmach jak Autoremo.
2007-05-31 13:48
8. Portrety e-sklepów Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
Wczoraj minęły trzy tygodnie od mojego tekstu o Woot.com, a już doczekaliśmy się w Polsce projektu wykorzystującego ideę Woot. Dzisiaj debiutuje Traffi.pl. Choć sklep nie jest innowacyjny z kilku względów warto poświęcić mu trochę czasu.

Kiedy opublikowałem tekst o Woot komentarze były różnorodne. Mniej więcej połowa pisała, że idea jest świetna, a druga połowa, że taki pomysł w polskich warunkach nie może się przyjąć. Przed opublikowaniem notki zapytałem prywatnie kilka osób związanych zawodowo z wdrażaniem nowych serwisów internetowych i tutaj głosy też były podzielone. Z pewnością uruchomienie takiego sklepu wymaga odwagi: po pierwsze jest to nowa kategoria sklepów w Polsce, po drugie potrzebna jest spora społeczność, po trzecie oferowane produkty muszą być cały czas atrakcyjne (a to wymusza ciągłe starania o nowe towary). Odwagi tej nie zabrakło właścicielom serwisu Mniammniam.pl, którzy to stoją za tym wszystkim.

Traffi.pl był przez nas planowany od dłuższego czasu, niemniej jednak bieżąca działalność nie pozwalała na jego skonkretyzowanie. Na decyzję o przyśpieszeniu pracy nad sklepem niewątpliwie miała notka na ecommerce.blox.pl jak również niespodziewane, dobre wyniki promocji w naszych istniejących już sklepach - napisał mi o kulisach uruchomienia sklepu Marek Zakrzewski z Mniammniam.pl.

Myślę, że Traffi ma dużą szansę na to, aby przyjąć się w sieci. Głównym powodem jest to, że za sklepem stoi Mniammniam.pl - serwis odwiedzany rocznie przez 2 miliony użytkowników. Mniammniam od kilku lat zajmuje się e-commerce. Najpierw było to wprowadzenie opłat w serwisie, następnie sklep Aledobre.pl, Ogrodniczka.pl i Dziubas.pl. Mniammniam to także bardzo liczna społeczność, która jest niezbędna do tego, aby taki projekt mógł funkcjonować. Według właścicieli serwisu, sklep ma zdobyć oglądalność na poziomie kilkuset tysięcy użytkowników miesięcznie w przeciągu kilku miesięcy. W tej chwili jest w stanie obsłużyć kilkaset zamówień dziennie, co w pewien sposób świadczy o skali projektu i specyfice oferowanego towaru.

Asortyment jaki będzie w sprzedaży to częściowo produkty z obecnych sklepów firmy, ale docelowo w ofercie pojawić ma się także elektronika, sprzęt komputerowy, narzędzia, a także filmy czy nawet książki. Lada dzień ma zostać uruchomione forum dyskusyjne dla kupujących. Co warto odnotować sklep będzie się wspierał także opiniami o produktach pochodzących z innych projektów firmy.

Na pewno brakuje możliwości śledzenia nowych produktów za pośrednictwem RSS. Jest za to możliwość zapisania się na codzienny newsletter. Póki co nie ma także całej otoczki doskonale wyróżniającej Woot - danych statystycznych o zamawiających, podcastów. Jednak dział FAQ Traffi.pl doskonale odnajduje się w klimacie Woot. ;-)

Malkontenci napiszą, że to kopia, brak inwencji i kreatywności. Może i tak. W każdym razie jednak Polacy od dzisiaj mają szansę na dobrą zabawę wyczekując na nowe okazje w Traffi.pl. Ponadto mamy nową kategorię sklepów, która pozytywnie wpływa na ogólny obraz polskiego e-commerce.

p.s. Marcin Budek w komentarzu do notki zażartował, że w Polsce mamy wiele sklepów, które sprzedają jeden towar dziennie. Szczególnie jeśli wierzyć takim informacjom. :-)
2007-05-22 17:43
8. Portrety e-sklepów Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
Pisząc notkę "Opinie w sklepach internetowych" wspominałem o tym, że w USA istnieją firmy takie jak Bazaarvoice.com czy Powereviews.com, które w swojej działalności skupiają się tylko na elemencie opinii w sklepach internetowych.

Powereviews.com od początku swojego istnienia zaoferowało właścicielom sklepów internetowym zaawansowane narzędzie do wystawiania i prezentacji opinii o produktach w sklepie internetowym. Poza standardowymi rozwiązaniami firma dodawała dostęp do statystyk, wprowadziła kilka nowinek (przeciętna opinia była bardzo bogata w treść), czy nawet brała na siebie moderację komentarzy internautów. Pytanie po co? Ktoś daje rozbudowane narzędzie za darmo (konkurencyjny Bazaarvoice rozpoczyna ofertę od 2000$ miesięcznej opłaty) - altruizm? Nie w świecie biznesu. :-) Model biznesowy Powereviews jest na tyle ciekawy, że postanowiłem poświęcić mu notkę.

Powereviews uruchomiło swój serwis od lutego 2006. Przez ten czas nawiązało współpracę ze 120 sklepami internetowymi dostarczając im narzędzia do zaawansowanego zarządzania opinia w sklepie internetowym całkowicie za darmo. Co stało się w kwietniu tego roku? Wprowadzono opłaty dla tych sklepów? Nie. Powereviews uruchomiło serwis Buzzillions.com. Całość oparta jest oczywiście na bardzo rzetelnych opiniach internautów. Użytkownik Buzzillions może poprzez kilka opcji dokładnie zdefiniować na czym mu zależy (np. buty dla kogoś, kto szczególnie ceni sobie komfort, nie lubi kiedy buty zbyt łatwo się brudzą, a używać ich będzie na co dzień). Serwis odpowie na tak postawione kryteria na podstawie opinii internautów pochodzących... ze sklepów współpracujących z Powereviews (zastrzega to umowa pomiędzy Powereviews.com, a sklepami). No ale teraz najlepsze... Jak zamierza zarabiać Powereviews? Firma będzie pobierać opłaty od sklepów za przejście z Buzzillions do właściwego sklepu. Jak dla mnie coś niesamowitego. W skrócie wygląda to tak:

1. Dajemy sklepom za darmo narzędzie do opinii.
2. Wykorzystujemy te opinie do budowy własnego serwisu/pasażu.
3. Zarabiamy na przekierowaniu z serwisu (na podstawie opinii) do sklepu, z którego ta opinia pochodzi. :-)

Buzzillions istnieje miesiąc. Teraz największym wyzwaniem dla firmy jest sprowadzenie ruchu do tego serwisu (tylko wtedy będzie zarabiać). Myślę, że to świetna alternatywa dla porównywarek, które skupiają się na cenie. W serwisach tego typu liczy się opinia innych dla wielu ważniejsza od ceny np. przy wyborze aparatu cyfrowego. Opinie w Buzzillions są na tyle szczegółowe, że każdy powinien być zadowolony.

Co ważne, firma wcale nie ukrywa tego, w jaki sposób planuje zarobić. W końcu właściciele sklepów internetowych chcą wiedzieć dlaczego ktoś miałby dać im coś za darmo. Choć konkurencja serwisów bazujących na opiniach jest już całkiem mocna (chyba mamy do czynienia z kolejnymi serwisami, po porównywarkach, które starają się zarabiać na symbiozie ze sklepami), wydaje się, że to właśnie Powereviews.com ma najlepszy plan na biznes (choć póki co Epinions.com, za którym stoi Ebay/Shopping.com nie ma sobie równych).

O ile za oceanem takich serwisów istnieje już kilka, o tyle w Polsce to pole zagospodarowane jest póki co głównie przez serwisy typu Opineo.pl, Sklepy24.pl, Pinia.pl, gdzie internauci oceniają sklepy (choć jest też Opiniuj.pl skupiający się na ocenach produktów). Wiele do powiedzenia mają również same porównywarki. Wydaje się, że czas na serwisy takie jak Buzzillions może niebawem nadejść również w Polsce. Co o tym myślicie?

Czytaj więcej:

- Powereviews.com,
- Buzzillions.com,
- o Buzzillions na Techcrunch,
- przegląd innych serwisach bazujących na opiniach.
2007-05-08 22:23
8. Portrety e-sklepów Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
One day, one deal. Tak brzmi dewiza Woot.com - internetowego sklepu, który z kilku względów wydaje się niesamowity. Postaram się napisać dlaczego jest niesamowity, a Wy w komentarzach dajcie znać czy zgadzacie się ze mną.

1. Woot sprzedaje jeden produkt dziennie. Zasada jest prosta: codziennie o północy serwis wystawia nowy produkt, tysiące osób dostaje powiadomienia na komórkę co to takiego. Ceny bywają szokujące. Trzeba się spieszyć, bo nie wiadomo czy inni nas nie uprzedzą (najbardziej atrakcyjne oferty są wyprzedane w ciągu 1-2h).

2. Woot ma społeczność. Jeśli uważasz, że wokół sklepu internetowego nie da się zbudować społeczność zajrzyj do tego sklepu. Woot to bardzo rozbudowane forum, na którym użytkownicy prześcigają się w tym, aby przekazać jak najwięcej informacji o produkcie. Sklep uzależnia - niektórzy użytkownicy wyczekują każdego dnia odpowiedniej godziny, aby sprawdzić co ciekawego Woot dzisiaj sprzedaje. Towary kupują zazwyczaj klienci, który w Woot zarejestrowani są dłużej niż jeden rok.

3. Woot to bardzo ciekawy marketing. Sklep żyje - organizuje konkursy-niespodzianki, we wtorki sprzedaje produkty pakowane po dwa. O każdym produkcie sklep opowiada historię, w tym celu wykorzystuje niekiedy podcasty. Sklep promuje się mądrze - silne działania public relations (świetnie pasujące do tej notki), do tego duża rola marketingu wirusowego. A wszystko to z dużą dozą humoru.

4. Woot zarabia na prowizjach od sprzedaży. Główna zasada w tego typu sklepie to kupić możliwie tanio i sprzedać możliwie dużo (maksymalnie duży obrót). Wydaje się, że ten cel jest realizowany - według Wikipedii - sklep zarabia rocznie około 40 mln dolarów.

W USA powstają kolejne projekty tego typu. Jednym z nich jest Delight.com. Sklep sprzedaje jednak produkty z innej branży (galanteria, produkty dla domu). W odróżnieniu od Woot pozwala użytkownikowi oceniać produkt (pierwszy krok w stronę personalizacji - w przyszłości być może zaproponowanie produkty w zależności od preferencji użytkownika). Dodatkowo produkty z danego dnia trafiają do sklepu 30-dniowego, gdzie można je zakupić w ciągu miesiąca, ale już po normalnej cenie.

E-commerce czasami zaskakuje. Wydawałoby się, że sklepy tego typu nie mają racji bytu. Tymczasem Woot udowadnia, że takie nowatorskie pomysły mogą okazać się strzałem w dziesiątkę. Jeżeli w czasie majówki nie odeszliście od komputerów napiszcie co o tym myślicie i jakie szanse widzicie na powodzenie tego typu przedsięwzięć w Polsce. :-)

Zobacz więcej:

- Woot.com,
- Delight.com,
- Woot.com na Wikipedia (tam też linki do kilku innych tekstów o sklepie).
2007-05-01 23:26
8. Portrety e-sklepów Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
W internecie (no i poza internetem też) bywa czasami tak, że znajdujemy się w początkowej fazie czegoś, co jest dopiero w powijakach, ale ma duże szanse na rozwój i sukces w przyszłości. Zwykle trwa to kilka lat. Tak było np. w momemencie, kiedy powstał katalog Yahoo, który później przerósł się w portal. Tak było w momencie kiedy powstawały pierwsze sklepy internetowy, np. Amazon.

Myślę, że dzisiaj jesteśmy u progu kolejnej rzeczy, która już za kilka lat będzie powszechna tak, jak dzisiaj dokonywanie zakupów w Amazon czy Merlinie. Mam na myśli technologie mobilne i mobilny internet, coraz śmielej wkraczające w świat telefonów komórkowych.

Kilka faktów:

- już teraz wg ComScore 19% amerykańskich internautów korzysta z internetu używając swoich komórek, a w pięciu krajach Europy Zachodniej robi to 29% użytkowników internetu,

- duzi gracze kupują domeny .mobi (przeznaczone do komórek) hurtowo, np. Microsoft kupił ich 200 a Procter & Gamble aż 500,

- mobilym rynkiem zainteresowało się oczywiście Google, ale operatorzy komórki nie chcą zostać w tyle i tworzą własną wyszukiwarkę,

- domena Flowers.mobi została kupiona za 200 000$, choć świadczy to o zainteresowaniu tym rynkiem nie róbcie tak ;-),

- internet mobilny dostrzegają duże korporacje np. Viessmann,

- o technologi mobilnej powstają blogi np. linkowany już Webmobile.pl,

- rynek telefonów komórkowych rozwija się na tyle szybko, że już niebawem większość telefonów będzie miała wbudowaną przeglądarkę, dzięki której użytkownik będzie miał dostęp do sieci.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Powstał pierszwszy polski sklep mobilny, czyli sklep internetowy z dostępem przez telefon komórkowy. We współpracy z kwiaciarnią E-kwiaty.pl uruchomiliśmy kwiaciarnię mobilną Telekwiaty.mobi. Zdecydowaliśmy się na współpracę z kwiaciarnią, bo kwiaty są naszym zdaniem w czołówce towarów, którymi są potencjalnie zainteresowani właściciele komórek z dostępem do mobilnej sieci.

Jako, że cała ta technologia jest jeszcze w powijakach, to i sam sklep jest bardzo prosty. Nie ma tutaj tradycyjnego koszyka, procesu zamówienia. Myślę jednak, że zamówić bukiet kwiatów jest znacznie prościej niż w zwykłej kwiaciarni internetowej. Wystarczy tylko wpisać do formularza swój numer telefonu, aby w ciągu kilku minut oddzwonił konsultant, z którym dokończymy zamówienie.

Dajcie znać co o tym wszystkim myślicie.

p.s. Za kilka dni Walentynki, zapraszam do przetestowania Telekwiaty.mobi. :-)
2007-02-08 13:55
8. Portrety e-sklepów Komentarze (2)
 Oceń wpis
   
Pamiętacie Silvertobbaco.pl? Dzisiaj to przeszłość. Dlaczego ten dobrze zapowiadający się sklep upadł? Pisze o tym sam właściciel - Maciek Dzierżek - zapraszam do zapoznania się z tym długim, ale bardzo ciekawym tekstem. :-) Oddaję "głos" Maciejowi.

Początki

W marcu 2005 na Allegro znalazłem ofertę sprzedaży sklepu fajka.net. Właściciel chciał 11500 zł za bazę koło 800 klientów, domenę, skrypty sklepu, oprawę oraz kontakty do dystrybutorów/producentów. Miesiąc później kupiłem sklep za prawie... 2000 zł.

Nie miałem wtedy niemal żadnej wiedzy na temat tytoniu, cygar i fajek, ale miałem, dobry jak mi się zdawało, plan. Postanowiłem skorzystać ze sprawdzonych wzorców w prowadzeniu sklepu z wyspecjalizowanym towarem - znałem osoby pracujące przy Rebel.pl, a z racji zainteresowań sklep obserwowałem niemal od samego początku.

Założyłem sobie stworzenie wyjątkowego sklepu. Konkurencja miała po prostu katalogi z ofertą. Ubogie opisy i niskiej jakości zdjęcia nie zachęcają do kupna, a brak danych kontaktowych nie wzbudzał wiarygodności. Mój plan zakładał znaczne wyróżnienie się spośród innych sklepów z tej branży. Pomocną miała być dobra opinia poprzedniego właściciela, którą mój sklep odziedziczył.

Silvertobacco.pl - jak powstało?

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem była zmiana domeny. Za radą Piotra Majewskiego uruchomiłem równoległą domenę (traktowaną jako podstawowa) - www.silvertobacco.pl. Sklep dzięki temu przestał być anonimowy, a nazwa była na tyle chwytliwa, że nawet dość trudny adres (pisownia "tytoń" po angielsku jest dla Polaków mało intuicyjna) nie sprawiał klientom trudności.

Zanim uruchomiłem sklep na nowo wymieniłem całe oprogramowanie. Postanowiłem oprzeć się na skryptach firmy InteliMedia.pl. Przede wszystkim - dobrze znałem to oprogramowanie - pisze je mój brat, dla firmy przyjaciela. Oferowane możliwości zupełnie mi odpowiadały - co więcej - otrzymałem wszystko gratis. Również grafikę zrobiono mi nieodpłatnie - grafika znałem od paru lat, pracowaliśmy razem (jak i reszta firmy InteliMedia) przy tworzeniu serwisu Poltergeist.

Chciałem by sklep był odróżnialny na pierwszy rzut oka, zażyczyłem sobie więc specjalnej oprawy. Fotel, stolik i dymiąca delikatnie fajka to były moje podstawowe wymagania - atmosfera odpoczynku miała się udzielać od pierwszego spojrzenia. Grafik doskonale zrozumiał moje intencje i nie wprowadzaliśmy zbyt wielu poprawek. Potrzebowałem także miejsce na cytat. To dość oryginalny pomysł dopasowany do branży, w której reklama jest zabroniona. Na szczęście nie są zabronione cytaty znanych osób. Na screenie widać jedną z pierwszych wersji oprawy, później zaszło jeszcze sporo kosmetycznych zmian, m.in. cytaty były losowane (za pomocą adserwera) z całkiem sporej bazy, a obok tekstu widoczny był portret autora. Zdjęcia/portrety dodałem w celu zwrócenia uwagi na cytat oraz wzmocnienia siły przekazu. Zakładałem, że zobaczenie Einsteina skłoni ludzi do czytania jego słów. Okazało się, że miałem rację.


Społeczność

W tym czasie zacząłem już budować społeczność wokół sklepu. Jednym z pomysłów była podstrona z cytatami na temat fajki, cygara lub tytoniu. Po dodaniu portretów miała znacznie więcej odwiedzin, a klienci zaczęli podsyłać znalezione przez siebie cytaty tym samym powiększając mój zbiór. Można uważać, że tego typu podstrony w sklepie odciągają od kupowania - mam odmienne zdanie. Zwłaszcza w takiej branży, gdzie reklamowanie jest znacznie utrudnione, a klienci cenią sobie kontakt z właścicielem.

Założeniem było także zdecydowane odcinanie się od papierosów, które przez większość amatorów dobrego tytoniu uważane są za śmierdzące i złe. Chciałem sprzedawać produkty luksusowe, wysokiej jakości. Stąd starałem się nie wprowadzać do oferty towarów o złej opinii i najniższej cenie, chyba, że klienci wyraźnie o to prosili.

Duży wpływ na sprzedaż miały zdjęcia. Jeśli dystrybutorzy bądź producenci nie udostępniali dobrej jakości zdjęć robiłem je sam, lub robił je mój brat. Zaimprowizowane na szybko studio, dobry aparat i obróbka zdjęć w programie graficznym dawały dobre efekty. Na tyle dobre, że moje zdjęcia znalazły się w Gentleman Magazine w artykule opisującym 100 przedmiotów niezbędnych mężczyźnie. Oczywiście zdjęciom towarzyszył adres sklepu.

Przy budowaniu grona stałych klientów pomocne było udzielanie się na fajkowym forum. Zanim jednak do tego doszło musiałem się dokształcić. Tuż po podjęciu decyzji o kupnie sklepu zacząłem dużo czytać na temat cygar, fajek i tytoniu. Źródeł książkowych nie było wiele, ale Internet polski i zagraniczny oferuje sporo wartościowych materiałów. Przy tego typu sklepie sprzedawca pozbawiony podstaw wiedzy jest skrajnie niewiarygodny. Nie wyobrażam sobie jak mógłbym polecać tytonie nie wiedząc o nich zupełnie nic. Podobnie z pytaniami początkujących palaczy o fajkę (której "obsługa" nie jest tak prosta, jak to sie może wydawać) czy cygaro.

Kiedy już nabyłem trochę wiedzy i byłem w stanie być dla klientów doradcą (oczywiście nie wszystkich, nie zamierzałem udawać, gdy czegoś nie wiedziałem, na szczęście zawsze mogłem zapytać innych klientów, którzy temat zgłębiali latami) stwierdziłem, że można to jakoś wykorzystać. Pojawiało się sporo pytań o humidory ("pudełka" na cygara), więc napisałem krótki podręcznik w PDFie. Stworzyłem specjalną stronkę reklamową, PDF był darmowy - wystarczało podać mejla. W pierwszym przychodził link do pliku, w kilku następnych drobne porady, pytania o to jak humidor się spisuje no i oczywiście linki do sklepu z cygarami i humidorami. Efekty były bardzo dobre, a mój pierwszy follow up (wykorzystałem freebot.pl) potwierdzał skuteczność tego narzędzia.

Co ciekawe - nie byłem nigdy żadnym ekspertem. Moja wiedza wykraczała może poza podstawy, ale nigdy nie uważałem, że wiem wystarczająco dużo. Nie przeszkadzało to dziennikarzom i redaktorom radiowym czy telewizyjnym. Pomagałem (telefonicznie) układać pytania do paru konkursów, a z jednej z wielkich sieciowych międzynarodowych hurtowni dzwoniono z pytaniami "co to jest ten humidor?".

Wracając do budowania społeczności - nie było w Polsce dobrego serwisu o cygarach. Powstawał co prawda jeden i mimo wysokiej jakości tekstów, był rzadko aktualizowany. Mój miał mieć bogate forum i dobrą sekcję z newsami. Niestety zanim dobrze się rozwinął musiałem zamknąć sklep. W każdym razie byłby to kolejny etap w skupianiu klientów wokół sklepu. W odróżnieniu od podręcznika nie wiązałem serwisu ze sklepem za pomocą domeny. Serwis miał być bardziej niezależnym tworem, także w celu zachęcenia potencjalnych miłośników cygar do wspierania serwisu. Przy jawnym powiązaniu ze sklepem nie byłoby to łatwe. Także wiarygodność serwisu egzystującego w domenie sklepu nie jest tak wysoka, jak tego samego serwisu we własnej domenie.

Ogromną rolę w kontakcie z kupującymi pełnił newsletter. Pisany swobodnym językiem i "po koleżeńsku", ale z odpowiednim szacunkiem. Moja grupa docelowa to dorośli mężczyźni z dochodami powyżej średniej krajowej, więc starałem się by listy były w miarę luźnie, ale w żadnym wypadku prostackie czy natrętne. Ze statystyk sądzę, że to dobra i skuteczna metoda. Newslettery firm prawniczych czy bankowych są ciężkie w odbiorze, a mój sklep miał dostarczać chwil relaksu osobom, które chcą się uwolnić od ciężkiej pracy. Nie mogłem więc pisać listów tonem służbowym.

Obroty i promocja

Obroty sklepu w pierwszych miesiącach (maj/czerwiec) nie przekroczyły 4000/5000 złotych. W styczniu 2006 przekraczały, z tego co pamiętam, 10000 zł przy marży dochodzącej do 45%. Przy większej inwestycji niż moja te wielkości mogłyby być nawet kilkukrotnie większe.

Klienci detaliczni gwarantowali 90% obrotu i 80% zysków (z pamięci i na oko). Pozostała część dochodu to firmy i zamówienia hurtowe. Cygara kupowane prezesom, humidory na wystrój biura, ale także humidory zamawiane do obicia skórą i odsprzedaży. W grudniu dostawałem bardzo dużo zapytań o hurtowe (naprawdę olbrzymie) ilości cygar i innych giftów - agencje reklamowe szukały źródła tanich prezentów. Niestety nigdy nie udało mi się sprzedać im naprawdę dużej ilości towaru. Od kolegów z branży słyszałem, że tak to już jest z agencjami - rzadko kupują towar tego typu (zwłaszcza jak usłyszą, że przechowywać trzeba w specjalnych warunkach). Natomiast spore możliwości stwarzały agencje szukające dodatków do alkoholi, na przykład koniaku czy whisky. Przy dysponowaniu dobrymi kontaktami i zapleczem finansowym jedna umowa mogła przynieść kilka tysięcy zysku (na czysto).

Klienci detaliczni trafiali do sklepu głównie przez wyszukiwarki (miałem dobre pozycjonowanie dzięki wspominanej wcześniej firmie zapewniającej oprogramowanie), ale większe zakupy (i częstsze) robiły osoby znające sklep z forum lub dzięki opiniom znajomych. Środowisko fajczarzy jest dość zgrane i wieści szybko się rozchodzą.

Nastawiałem się na sprzedaż rzeczy związanych z fajkami, ale również cygara przynosiły spory dochód i były bardziej perspektywiczne - społeczeństwo się bogaci, a cygaro jest bardzo typową oznaką luksusu i dostatku, sporo osób więc chce spróbować, jakie wartości oferuje palenie cygara. Część z tych osób prawdopodobnie zostanie wielbicielami palenia tytoniu w tej formie i powiększy rynek nabywców cygar. Od paru lat widać stały wzrost zainteresowania cygarami, stąd też coraz więcej gatunków jest importowanych do naszego kraju.

Sporą część obrotów generowała tabaka. To mocno mnie zaskoczyło - okazało się dość szybko, że sproszkowany tytoń zażywa głównie młodzież - studenci i licealiści. Społeczności fanów tabaki skupione są wokół kilku for internetowych i jest to duża grupa potencjalnych klientów. Są jednak dwa poważne minusy związane z handlem tabaką: po pierwsze sprzedaż tytoniu nieletnim jest zakazana, a jak wiadomo ostrzeżenia, regulamin itp. obwarowania nie gwarantują, że niepełnoletnia osoba nie zrobi zakupów w sklepie z tytoniem. Drugim minusem były niskie marże - najpopularniejsze gatunki tabaki przynosiły zaledwie kilkanaście groszy zysku na opakowaniu, a zamówienia na tabaki były zwykle zamówieniami ledwo przekraczającymi 20 zł (tyle wynosiła minimalna kwota zamówienia - właśnie po to, aby uniknąć przesyłek zupełnie nieopłacalnych).

Ostatnią główną grupą towarową były tytonie papierosowe i akcesoria do skręcania/nabijania. Tutaj duże zamówienia związane były z wyjazdami Polaków za granicę. Do Anglii można przewieźć tytoń warty mniej więcej 200 złotych i głównie takie zamówienia realizowałem. Miałem też kilku stałych klientów zamawiających regularnie swoje ulubione gatunki i zawsze miałem ich odpowiedni zapas.

Długi ogon - gwóźdź do trumny

Głównym moim problemem było zatowarowanie. Otwierając sklep nastawiałem się na zarabianie na hitach. Liczyłem na to, że będzie kilkanaście/kilkadziesiąt towarów bestsellerowych, które będę miał non-stop na magazynie w dużych ilościach oraz reszta towarów, które będą się sprzedawały okazjonalnie, a mi wystarczy kilka sztuk. Byłem dość mocno ograniczony finansowo, więc na duże zatowarowanie magazynu nie mogłem sobie pozwolić.

W rzeczywistości klienci byli totalnie nieprzewidywalni. Hitów było zaledwie kilka i to przynoszących niewielki dochód. Najwięcej zarabiałem na sprzedaży towarów drogich (i z najwyższą marżą), których nie mogłem mieć zbyt dużo na magazynie, by nie zamrażać pieniędzy. Chcąc być konkurencyjny (czas wysyłki) inwestowałem w towar powiększając ciągle stany magazynowe, jednak stale okazywało się, że nie są to nakłady wystarczające. Towar nie kupowany przez 6 miesięcy mógł w ciągu tygodnia zebrać pięć zamówień na 20 sztuk, gdy ja miałem np. 5. Coś innego dobrze sprzedającego się przez miesiąc mogło przez następnych kilka nie sprzedawać się wcale.

Sytuacji nie poprawiała konkurencja. Jedna z dużych hurtowni stosowała dziwne ceny detaliczne - niższe niż ja otrzymywałem (w hurcie) od tych samych importerów. Pod koniec mojej działalności wspólnie z importerami (którym psucie rynku też było nie na rękę) udało nam się jakoś wyprostować sytuację, jednak cenowa walka w mojej sytuacji musiała skończyć się porażką. Cała sprawa dotyczyła wąskiej, ale opłacalnej i popularnej grupy produktowej.

Po jakimś czasie prowadzenia sklepu coraz mniej paczek byłem w stanie wysłać w ciągu 24 godzin. Stan mojego magazynu był mniej więcej taki sam, a ilość produktów w sklepie znacznie urosła. Częste zamówienia w dystrybutorów musiały także przekraczać pewne kwoty i w okolicach lutego/marca 2006 stało się dla mnie jasne, że nie dam rady prowadzić dalej sklepu, mimo, że obroty rosły. Dodatkowo musiałem wracać na studia (wojsko) i nie mogłem sobie pozwolić na dalsze pracowanie przy sklepie - potrzebowałem gotówki na wydawanie, a nie inwestowanie. Utrzymanie niestety kosztuje, a sklep wymagałby kolejnych dużych (jak na mnie) inwestycji, na które nie mogłem sobie pozwolić.

Koniec

Postanowiłem, że sprzedam sklep - domenę, bazę, kontakty. Niestety w tak zwanym międzyczasie popełniliśmy poważny błąd przy przenoszeniu danych serwera. Kilkadziesiąt baz, domen, serwisów przeniosło się w ciągu jednej nocy bez żadnych problemów. Silver Tobacco niestety zostało na starym serwerze, który Amerykanie wyłączyli zanim się zorientowaliśmy, że coś jest nie tak.

Pod koniec mojej działalności pojawił się jeszcze jeden problem - sklepy zagraniczne. Polska akcyza traktująca w ten sam sposób tytonie fajkowe i papierosy (rzecz w sumie nie do porównania) spowodowała, że bardziej opłaca się zamówić ze Szwajcarii, gdzie wybór tytoni jest o niebo lepszy, a ceny przynajmniej porównywalne.

Nieciekawą perspektywę rysują więc kolejne propozycje podniesienia akcyzy. Miałem także obawy o to, jak ustawodawca potraktuje sprzedaż tytoniu przez Internet. Z alkoholem jest niby tak samo, a sklepy z winami świetnie sobie radzą, ale wg mnie nie jest to sytuacja ustabilizowana. Brak odpowiednich regulacji może zaowocować dziwnym i nieżyciowym pomysłem szybko wprowadzonym w życie, a efekty tego mogą być tragiczne.

Maciek Dzierżek - 24 lata, student filozofii na UWM, absolwent Adamka.pl, współtwórca Serwisu Poltergeist (polter.pl) - największego polskiego serwisu o fantastyce, były właściciel sklepu Silver Tobacco, autor dziesiątek recenzji i artykułów związanych z fantastyką i kulturą publikowanych w Esensji, Nowej Gildii, Poltergeiście i w magazynach fanowskich, od roku 2007 ekspert Nagrody "Gra Roku" - najbardziej prestiżowej nagrody przyznawanej grze planszowej, organizator i współorganizator konwentów. Maciek szuka pracy (jako dziennikarz/redaktor/recenzent lub w e-biznesie). Zainteresowani proszeni są o kontakt mailowy w celu przekazania CV.


2007-01-19 00:00
8. Portrety e-sklepów ecommerce Komentarze (40)
 Oceń wpis
   
Dzisiaj kilka słów o dość niezwykłym projekcie. Jeżeli e-commerce sprowadza się dla Ciebie do sprzedaży produktów materialnych + ewentualnie kilku niematerialnych takich jak ubezpieczenia, podróże czy też kredyty - jesteś w dużym błędzie. :-)

Istnieje w polskiej sieci taki projekt jak Wirtualnycmentarz.pl. Trudno nazwać go inaczej, jak po prostu projektem e-commerce. Właściciele nastawiają się na sprzedaż usług. Jakie to usługi? Ano możliwość zapalenia wirtualnego znicza, możliwość wybudowania wirtualnego grobowca. Zakres usług jest szerszy.

Za całość zapłacimy kartą kredytową, a ceny VAT wskazują na to, że za usługi otrzymamy fakturę VAT. Wirtualnycmentarz.pl to nie działo wykonane przez amatorów - właściciele zabezpieczają się ekspertyzą prawną.

Trudno mi ocenić czym kierowali się właścicele otwierając taki serwis. Prawdopodobnie jest on tylko próbką ich umiejętności, którą będą starać się "przekuć" na nowe zlecenia - serwis tworzył całkiem spory zespół.

Na uwagę zasługuje samo wykonanie serwisu. Sprawą jasną dla mnie jest to, że standardowy serwis nie wzbudziłby zbyt dużego zainteresowania internautów (oceniam chociażby po sobie). Całość wykonana jest we Flashu przy czym sposób poruszania się jest na tyle intuicyjny, że w zasadzie po kilku pierwszych minutach można "nauczyć się" nawigacji, co przy tego typu projektach nie jest zbyt powszechne.

Wirtualnycmentarz.pl skłonił mnie do małej refleksji. Być może za kilka lat okaże się, że taki sposób prezentacji produktów (bo jest to przecież prezentacja produktów) będzie się upowszechniał. Wtedy powstałyby sklepy (np. supermarkety), gdzie poruszalibyśmy się obok regałów z towarami jakąś wirtualna postacią i wkładali produkty do koszyka. Śmieszne? No nie wiem - łącza coraz szybsze, pomysłów coraz więcej, zasada "wyróżnij się, albo zgiń" coraz powszechniejsza. Takich spraw nie przekreślałbym na starcie, bo takie sklepy można budować intuicyjnie, gdzie poruszanie się nie będzie pewnie tak proste jak w zwykłym sklepie, ale być może innowacyjność będzie tutaj na tyle atrakcyjna, że znajdą się chętni na takie zakupy.

Notkę potraktujcie raczej jako ciekawostkę. Patrząc po forum nie wszystkim podoba się ten pomysł. Dajcie znać co o tym myślicie. Ciekaw jestem Waszej opinii szczególnie jeśli chodzi o moją - pół żartem, pół serio - wizję przyszłości e-sklepów.

p.s. Dziękuję za link Agnieszce.

Na koniec kilka informacji:

1. Nie spodziewałem się aż tak dużego odzewu z Waszej strony ze względu na uruchomienie strony firmowej. Dostaliśmy wiele maili. Zgłosiły się m.in. liczne raczkujące sklepy, dopiero otwarte lub też bardzo niszowe. Nasze usługi są raczej drogie, ale żeby pomóc każdemu chętnemu wprowadziliśmy do oferty coś co nazwaliśmy "konsultacjami godzinowymi". Jest to tani i szybki sposób na to, aby pomóc swojemu biznesowi. Zainteresowanych proszę o kontakt - wyjaśnię szczegóły.

2. Niebawem na blogu wiele praktycznych tekstów, w tym jedno case study, które powinno zainteresować, a zarazem przestrzec szczególnie tych, którzy planują uruchomić własny sklep. Nie pozostaje mi nic innego jak zapraszać do odwiedzin. :-) Zapraszam również, po raz kolejny, ludzi z branży, którzy chcieliby zasilić zespół pisarski.

3. Niebawem również mały ruch związany z blogiem, po którym pewnie dla wielu ortodoksyjnych bloggerów stanę się zerem. Nie mogę się doczekać. ;-)

Wojtek

2007-01-18 00:00
8. Portrety e-sklepów ecommerce Komentarze (3)
 Oceń wpis
   
W sierpniu pisałem o Kozmo.com - relikcie przeszłości, który zanim zdążył spektakularnie zbankrutować dostarczał swoim klientom zamówienie w ciągu godziny. O Kozmo cały czas się mówi, co ważne mówi się ciepło i z pewnym sentymentem. Tymczasem na tej idei powstają kolejne projekty. Jednym z nich jest Licketyship.com. Sklep na tyle ciekawy i innowacyjny w swoich założeniach, że z pewnością warto poświęcić mu chwilę uwagi.

Jak działa Licketyship.com?

Sklep sprzedaje produkty związane z ogólnie pojętą elektroniką. Być może słowo "sprzedaje" jest tutaj nie na miejscu. Całość odbywa się tak:

1. Sklep działa lokalnie w pewnej części San Francisco.
2. Klient wybiera interesujący go towar.
3. Zanim produkt zostanie dodany do koszyka system sprawdza czy towar znajduje się w którymś ze współpracujących z Licketyship.com sklepów tradycyjnych ulokowanych w pobliżu miejsca zamieszkania zamawiającego (jest to sprawdzane na podstawie wcześniej podanego kodu pocztowego).
4. Jeżeli produkt znajduje się w pobliżu zamawiającego może on dokończyć swoje zamówienie.
5. Następnie zamówienie jest oddawane w ręce lokalnego kuriera, który otrzymuje odpowiednie instrukcje i udaje się do właściwego sklepu, gdzie kupuje towar i dostarcza go zamawiającego w czasie nie dłuższym niż 4 godziny.
6. Nie mam tutaj pewności, ale podejrzewam, że Licketyship.com współpracuje w jakiś sposób ze sklepami tradycyjnymi i sklepy te oferują mu inne ceny niż zwykłym klientom.
7. Licketyship.com pobiera opłatę 9,99$ za dostarczenie towaru (prawdopodobnie właściciele pamiętają z czym problem miało Kozmo.com). Jeżeli towar nie zostanie dostarczony w ciągu 4 godzin od zamówienia dostawa przy okazj kolejnego zamówienia jest darmowa.

Czyli asortyment w liczbie 20 000 produktów, brak jakiegokolwiek magazynu i dostarczanie towaru w ciągu 4 godzin od momentu zamówienia. Ciekawe, prawda?

Innymi słowy sklep jest lokalnym pośrednikiem. Za sklepem stoi duża aplikacja, która zgrywa ze sobą stan magazynowy partnerów handlowych z ofertą Licketyship.

Kto korzysta z Licketyship.com?

Pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy jest taka, że z Licketyship korzystają klienci raczej z wyższej półki, dobrze zarabiający, zajęci, którzy nie mają czasu na to, aby iść na zakupy. Wolą w wolnej chwili sprawdzić ofertę sklepu internetowego, przeczytać dostępne o produkcie informacje i dokonać zakupy otrzymując towar po kilku godzinach.

Inna hipoteza to klienci, którym szczególnie zależy na czasie. Jak można przeczytać w miejscach, gdzie cały projekt jest opisywany aż 30% klientów Amazon.com płaci więcej za wysyłkę wybierając opcję dostawy na następny dzień (overnight). Sklep taki jak Licketyship.com świetnie sprawdzi się np. jako dostawca spóźnionego prezentu.

Czytając jednak teksty w sklepie można dojść do wniosku, że cały projekt jest kierowany do młodych. Być może właściciele sklepu chcą skupić się na tej grupie klientów - ceniących innowacje, chętnie rozpropagowujących ciekawe idee.

Użyteczność Licketship

Tutaj bardzo się zdziwiłem. W zasadzie jedyną drogą dotarcia do produktu jest wyszukiwarka w sklepie. Nie ma tam czegoś takiego jak dostęp poprzez kategorie produktowe. Mamy co najwyżej wypisane najczęściej wpisywane hasła do wyszukiwarki. Co więcej, po wejściu do sklepu trudno zorientować się co tak naprawdę możemy tutaj kupić. Sam spodziewałem się tam m.in. żywności, ale po wpisaniu kilku produktów stwierdziłem, że moje domysły są błędne. :-)

Dopiero wpisując coś do wyszukiwarki możemy na kolejne stronie przejrzeć wszystkie kategorie, ale tylko dla wyszukiwarki. Możemy tam też uściślić nasze zainteresowania poprzez takie kryteria jak marka czy wreszcie kategoria (ale tylko dla danego zapytania w wyszukiwarce!):



Nie mniej jednak nie ulega wątpliwości, że raczej nie tędy droga i dostęp poprzez kategorie powinien być udostępniony. Jest to skądinąd najpopularniejsza forma "odkrywania" sklepu przez przeciętnego użytkownika.

Ma szanse na sukces?

Moim zdaniem jak najbardziej tak. Sama idea nie jest "droga". W przeciwieństwie do Kozmo rozwój jest możliwy bez inwestycji w drogie magazyny.

Ciekaw jestem jak taki projekt radziłby sobie w Polsce. Pozostaje również pytanie czy w sklepie tego typu (przewiduję duży odsetek zakupów impulsywnych) elektronika jest odpowiedniem asortymentem. Być może lepiej byłoby oferować coś z niższej półki cenowej, coś co można by zamawiać z większą, może nawet stałą częstotliwością.

W każdym razie przyglądając się statystykom Licketyship na Alexa.com można zauważyć, że sklep odwiedza mniej więcej 10 000 użytkowników dziennie. Jest to całkiem niezły wynik jak na lokalny sklep w USA. Ciekawe ilu z nich mieszka na odpowiednim obszarze, a ilu sprawdza sklep z ciekawości tak jak np. ja. :-)

Co o tym myślicie?

Zobacz więcej:

- Licketyship.com,
- notka o Kozmo.com,
- o Licketyship na blogu Techcrunch.

Wojtek

p.s. Jeżeli ktoś z czytających bloga ma rozeznanie na rynku public relations (ma własną agencję, pracuje w agencji PR, czy ma ogólną znajomość tematu) prosiłbym bardzo o kontakt. :-)

2007-01-10 00:00
8. Portrety e-sklepów ecommerce Komentarze (4)
 Oceń wpis
   
Powstał nowy sklep - Endless.com. Sprzedaje buty i torebki. Dlaczego o tym pisze? Endless.com to projekt Amazon.com. Projekt raczej dziwny jak na Amazon i z pewnością warto o tym napisać.

Dlaczego Amazon otworzył sklep pod inną marką?

Zaskakująca rzecz. Do tej pory Amazon dokładał asortyment do swojego sklepu (zobacz np. notkę "Amazon spożywczakiem"). Co jakiś czas poszerzał swoją bazę produktową przeistaczając się tym samym z księgarni internetowej w hipermarket. Tym razem jednak jest inaczej. Amazon otworzył sklep z produktami, które de facto sprzedaje również pod adresem Amazon.com. Nad powodami tej decyzji zastanawiają się chociażby komentujący blog Techcrunch. Najczęściej wymieniane powody to:

1. Amazon chce spróbować jak pójdzie sprzedaż produktów luksusowych poza molochem, jakim jest Amazon.com. Trzeba się mocno naszukać, żeby znaleźć informację o tym, że Endless to własność Amazon (co prawda system logowania pozostaje z Amazon, ale firma zdecydowanie nie bazuje na głównej marce). Tym samym Amazon próbuje sięgnąć po nowych klientów, którzy raczej nie są zainteresowani kupowaniem butów i torebek na Amazon.com, tak jak pewnie większość z Was nie jest zainteresowana kupowaniem komputerów w supermarkecie.

2. Amazon eksperymentuje. W nowym sklepie oferuje to, czego nie mógłby oferować w Amazon.com - darmowa wysyłka, rok na zwrot produktu, kontakt telefoniczny non-stop.
Sprawą jasną jest, że lepiej takie rzeczy testować w nowym sklepie, niż wprowadzać nowe zasady dla jednej z kategorii produktowych na Amazon.com. Wreszcie, Amazon eksperymentuje z użytecznością. Wykorzystuje w tym celu AJAX.

3. Może Jeff Bezos przeczytał wreszcie "Triumf i klęska dotcomów"? ;-)

Użyteczność Endless.com

Obuwie to towar dość niewdzięczny do sprzedaży w sieci. Po pierwsze trzeba iść na duże ustępstwa jeśli chodzi np. o takie kwestie jak polityka zwrotów (Endless to robi śladem Zappos.com, zobacz notkę: "Sprzedaż butów a zwroty towaru"). Poza tym trzeba zadbać o to, aby towar zaprezentować tak bardzo jak tylko się da. Nie oszukujmy się - to nie jest księgarnia internetowa, gdzie wybieramy książkę i dodajemy ją do koszyka. W przypadku obuwia czy torebek wyborów jest więcej - dla butów: rozmiar, szerokość buta, kolor, ale także marka czy rodzaj.

Z tym wszystkim Endless radzi sobie świetnie. Naprawdę podoba mi się sposób doboru odpowiedniego produktu.

Nawigacja składa się z sześciu kryteriów: rodzaj towaru (np. kozaki), marka produktu, kolor, rozmiar, szerokość i cena. Odpowiednie opcje wybieramy bez przeładowywania strony:



Rozwiązanie bardzo efektowne, a zarazem proste. Pozostaje pytanie: co na to wyszukiwarki? Strony nie są przeładowywane, a zatem mamy mniej podstron i być może gorsze efekty w wyszukiwarkach.

Gdy wybierzemy już jakiś produkt na uwagę zasługuje strona produktu:



Podobnie jak na Zappos.com mamy możliwość podejrzenia produktu z wielu stron. Możemy również sprawdzić dany produkt z bliska. Podobne rozwiązanie wprowadza nowopowstający polskich sklepów internetowych.

Za niedociągnięcie strony produktu można uznać to, że ponownie trzeba definiować rozmiar czy kolor. Jeżeli nie zrobiłem tego wcześniej - oczywiście, ta opcja jest jak najbardziej na miejscu. Ale jeżeli zrobiłem to już wcześniej powtórny wybór jest niepotrzebny.

Bez przeładowowywania strony działa również koszyk. Możemy tutaj bardzo prosto zmieniać liczbę sztuk czy też usuwać produkty. Myślę, że to właśnie w koszyku najlepiej wykorzystać AJAX. Można to zrobić w zasadzie w każdym sklepie internetowym. Proces zamówienia jest już dokładną kopią zamówienia na Amazon.com.

Podsumowując, warto przyjrzeć się Endless.com z dwóch powodów. Jako ciekawostkę - nowy projekt Amazon.com pod inną marką, z wieloma udogodnieniami dla klientów. Drugi powód to naprawdę wysoka użyteczność. Z pewnością taka jest przyszłość e-sklepów.

Zobacz więcej:

- Sprzedaż butów, a zwroty towaru (Zappos.com),
- Sklep internetowy, a asortyment,
- Amazon.com launches independent Endless.com,
- Endless.com,
- Zappos.com.

Wojtek

p.s. Dziękuję Marcinowi za temat na notkę. :-)
2007-01-09 00:00
8. Portrety e-sklepów ecommerce Komentarze (11)
 Oceń wpis
   
Przeglądając wczoraj zagraniczne e-sklepy z bielizną trafiłem na Monicca.com. Wszedłem na stronę i bardzo się zdziwiłem, bo trafiłem na sklep, który jest lustrzanym odbiciem Intymna.pl. Oczywiście to nie żaden plagiat czy coś w tym rodzaju, a po prostu spółka Intymna.pl sprzedaje również bieliznę klientom z całego świata pod inna marką.

Jak to robią?

1. Spółka nie ma dodatkowej siedziby gdzieś poza Polską. W dziale kontaktowym widnieje ten sam, polski, adres.
2. Po wejściu do sklepu użytkownik może wybrać jedną z walut - euro, amerykański dolar lub funt.
3. Zarówno w koszyku, jak i dalej przy procesie zamówienia główna kwota podawana jest w złotówkach. Dlaczego?





Sklep sprzedaje w polskich złotówkach z powodu banku, który tak to rozlicza.

4. Czas wysyłki, w zależności od wybranej opcji może trwać od 2 dni do 6 tygodni.



5. Jedyną możliwością zapłaty za towar jest karta kredytowa.


Płatności obsługuje polski eCard. Ciekawe czy Francuzka lub Włoszka zrozumie "typ karty". ;-)

Podsumowując: Monicca.com to ciągle działania na pół gwizdka, ale niewątpliwie jest to duży krok w przód. Intymna.pl wyprzedziła póki co polskie sklepy internetowe, które jeżeli decydują się na sprzedaż za granicę to sprzedają towar po prostu Polakom mieszkającym poza Polską. Ciekawe czy niebawem w Monicca.com będzie można płacić poprzez Paypal.

Znacie inne polskie sklepy, które nie tylko sprzedają w Polsce, ale również za granicą?
2006-09-12 00:00
8. Portrety e-sklepów ecommerce Komentarze (7)
 Oceń wpis
   
Wyobraź sobie sklep internetowy, który dostarczy Ci piwo, lody i wiele innych produktów najpóźniej w ciągu godziny od założenia zamówienia. Co więcej, za wysyłkę nie zapłacisz ani grosza. Brzmi zachęcająco? Z pewnością (szczególnie przy takich temperaturach). Właśnie tak działał głośny projekt Kozmo.com. Kozmo upadło, a nam pozostają analizy. Przyjrzyjmy się z bliska jednemu z najciekawszych dotcomów w historii internetu.

Tą notką wracamy w szalone czasy internetowego boomu. Parę miesięcy temu pisałem o Boo.com, dzisiaj masz okazję poznać historię Kozmo.com. Z perspektywy czasu błędy jakie popełniono przy tym sklepie są na tyle widoczne, że nie sposób o nich nie napisać.

Kozmo.com - główne założenia sklepu

Kozmo zostało założone w 1998 roku przez Josepha Parka. Założycielowi Kozmo zawsze brakowało sklepu, który może dostarczyć towar błyskawicznie, a nie w przeciągu kilkunastu godzin. Założenia Kozmo były rewolucyjne i nowatorskie:

- sklep oferował produkty z czterech głównych kategorii produktowych: rozrywka (video, DVD, płyty muzyczne, książki etc.), jedzenie, produkty codziennego użytku, a także zabawki, kwiaty itp.,
- Kozmo zapewniało darmową wysyłkę towarów w czasie nie dłuższym niż 1 godzina od momentu złożenia zamówienia,
- Kozmo działało lokalnie, skupiało się na dużych aglomeracjach miejskich takich jak Nowy Jork, Los Angeles czy Chicago, w szczytowym momencie sklep działał w 11 miastach w USA,
- sklep skupiał się na "leniwych, głodnych 25-30-latkach z dużych miast".

Kozmo w praniu, czyli proces od złożenia do dostarczenia zamówienia

Prowadząc taki projekt jak Kozmo.com droga od złożenia zamówienia do jego realizacji jest bardzo kręta i skomplikowana. W przypadku tego sklepu wyścig z czasem trwał nieustannie i sprowadzał się do tego, aby dostarczyć każde pojedyncze zamówienie w czasie krótszym niż 60 minut. Kozmo to również bardzo zaawansowane oprogramowanie. Myślę, że nawet dzisiaj nie jeden e-sklep marzy o posiadaniu takiej technologii. Jak to wszystko wyglądało krok po kroku?

1) Użytkownik odwiedzał stronę kozmo.com, wybierał produkty, składał zamówienie, podawał termin dostawy (np. poniedziałek, 18:00).

2) Zamówienie zostaje przekazane przez system do odpowiedniego magazynu (np. zamówienie w Portland zostaje przekazane do magazynu w Portland).

3) Następnie zamówienie jest drukowane w magazynie, a wolny pracownik (kozmonaut) odbiera je. Całość działała tak, że każdy pracownik był zdolny do wykonywania wszystkich czynności (choć zawsze miał przypisaną główną rolę) - wyszukiwania towaru w magazynie, pakowania towaru i dostarczania towaru. Czasami managerowi zarządzający danym magazynem wyjeżdżali w trasę, aby dostarczyć towar.

4) Po odszukaniu wszystkich towarów w magazynie, zamówienie zostało zapisane do systemu, zapakowane i "czekało" na instrukcje odnośnie trasy dostawy.

5) System nazwany KIDS (Kozmo Intelligent Dispatching System) na podstawie historii zamówień, a także wagi produktu, jego specyfiki (np. ciepłe danie, albo produkt w butelce), dystansu do przebycia wskazywał najdogodniejszy środek transportu(samochód, rower, transport publiczny) , a także osobę, która powinna dostarczyć towar.

6) Na końcu zamówienia trafiało wraz z instrukcjami do odpowiedniego kuriera. Jeśli kurier był nowy otrzymywał również mapę. Początkowo jeden kurier brał średnio 1,5 zamówienia za jednym razem, by na końcu brać 5 zamówień.

Dlaczego się nie udało, czyli o błędach Kozmo

Przyczyn jest kilka:

1) Darmowa wysyłka i brak kwoty minimalnego zamówienia - przez znaczną część istnienia projektu wysyłka była całkowicie za darmo. Nie istniała również kwota minimalnego zamówienia. Doprowadzało do sytuacji, w których klient zamawiał np. gumę do żucia za 50 centów. Sklep musiał mu ten produkt dostarczyć w ciągu godziny. Koszt dostarczenia pojedynczej dostawy wynosił 7,50$. Nie jest tajemnicą, że sklep tracił ogromne pieniądze na "fundowanie" wysyłki.

2) Zbyt szybki wzrost - w momencie kiedy analitycy przewidywali, że taki projekt może opłacać się tylko w największych i najbardziej rozwiniętych miastach świata takich jak Nowy Jork, Londyn czy Paryż, Kozmo otwierało kolejne filie. Kiedy inwestorzy zaproponowali 300 mln dolarów wsparcia w przypadku kiedy Kozmo otworzy filie w 52 miastach USA w 52 tygodnie właściciele Kozmo przystali na ten układ. Firma w ciągu 6 miesięcy zwiększyła się ze 100 do 3000 pracowników. Ogromne pieniądze zostały roztrwonione na powierzchnie i sprzęt biurowy. Po upadku firmy osoba mocno związana z Kozmo mówi mniej więcej tak: "zapomnij o pięknych biurach i biurkach, używaj stołów ogrodowych". :-)

3) Zbyt małe średnie zamówienie - w styczniu 2000 roku średnie zamówienie wynosiło 5 dolarów, co przy 7,5 dolarach potrzebnych na dostarczenie pojedynczej przesyłki przynosiło ogromne straty. Sklep postawił sobie zatem za główny cel zwiększenie średniej wartości zamówienia. Zaczęto oferować towary w specjalnych zestawach np. "zestaw dla przeziębionego" składający się filmu video, pastylek na gardło, chusteczek, soku pomarańczowego i zupy.Ponadto ustalono minimalne zamówienia dla darmowej wysyłki na kwotę 30 dolarów i skupiono się na tych klientach, którzy chętniej zamawiali większe ilości towaru. Efekt był muszę przyznać bardzo dobry, bo po roku średnie zamówienie wynosiło już 40 dolarów, czyli 800% więcej! Było już jednak za późno, bo sklep trzy miesiące później ogłosił upadek.

4) Problemy z towarem - Kozmo.com było traktowane przez swoich dostawców jako mały sklep (biorąc pod uwagę obroty amerykańskich hipermarketów). A to oznaczało ciągłe problemy. Dopiero w roku 2000 firma postanowiła otworzyć jeden, duży magazyn w Memphis, z którego później transportowała towary na własną rękę do poszczególnych magazynów. Ten ruch sprawił, że Kozmo mogło zamawiać większe ilości towaru, a zatem otrzymywać większe rabaty. Nie było to jednak wystarczająco dużo, aby utrzymać się na rynku. Jak wspomina pracownik Kozmo problemem była również zbyt duża centralizacja przy organizowaniu dostaw. Poszczególne magazyny zamiast reagować na zmiany na lokalnym rynky były zmuszone odbierać towar dostarczony przez centralę.

Co dalej?

Projekt upadł, ale to nie koniec tego typu sklepów. Były szef ds. technologii w Kozmo, Jeff Siragusa, założył sklep MaxDelivery.com. Wyciągnął odpowiednie wnioski: wprowadził minimalną kwotę zamówienia, opłaty za wysyłkę, kwota wolna od kosztów przesyłki została ustalona na poziomie 50 dolarów. Jako obszar działania wybrał tylko pewną część Manhattanu. Biznes się kręci, firma ma "kilka tuzinów" zamówień dziennie.

Czytaj więcej:


- Anatomy of a Dot-Com - niezwykle ciekawa analiza tego projektu przeprowadzona przez osobę odpowiedzialną za logistykę w Kozmo, oparłem na niej tę notkę,
- informacja prasowa o upadku Kozmo
,

- o upadku Kozmo w Forbes,
- opis projektu w BusinessWeek z roku 1999,
- o MaxDelivery pisze CNN,
- o MaxDelivery pisze Wired,
- kilkanaście linków dotyczących Kozmo z Google Answers.

Dajcie znać co o tym myślicie. Czy podjęlibyście się uruchomienia takiego biznesu np. w Polsce? :-)


2006-07-31 00:00
8. Portrety e-sklepów ecommerce Komentarze (8)
 Oceń wpis
   
Serwis MarketingSherpa.com opublikował obszerne case studies na temat tego, w jaki sposób sklep World Wrestling Entertainment's Online Store zwiększył swoją skuteczność sprzedaży o 200% i dochody o 120%. Darmowy dostęp do tego tekstu będzie tylko przez kilka dni, więc warto się pośpieszyć. :-)

W dużym skrócie sklep wprowadził kilka nowych rozwiązań. Np.:

1) Wprowadzono lewe menu nawigacyjne, które poprawiło skuteczność sklepu o około 15% do 20%.
2) Do zamówienia na DVD dodawano koszulkę. Sprzedaż DVD wzrosła o 20%.
3) Klienci mogli wybrać sobie rodzaj promocji. W tym czasie wzrost średniego zamówienia wyniósł o 20% więcej, a dochody o 30% więcej.

Zmian było więcej i w zasadzie wszystkie potwierdzają regułę, że diabeł tkwi w szczegółach.

Po więcej odsyłam do źródła -
" How World Wrestling Entertainment's Online Store Increased Conversions 200% in One Year" . :-) Podobny tekst z tego serwisu (o sklepie Newegg.com ) został jakiś czas temu sprawozdany przez Roberta Drozda . Polecam tę notkę.

p.s. Co jakiś czas dostaję listy od czytelników z pytaniem w jaki sposób rozpocząć działalność sklepu internetowego. Dobre wprowadzenie można znaleźć w artykułach "Starting An Online Store: The Essential Checklist - Part I" i "Starting An Online Store: The Essential Checklist - Part II" . Oczywiście całość raczej lakoniczna i koniecznie trzeba ją dostosować do polskich warunków. :-)

2006-04-24 00:00
8. Portrety e-sklepów ecommerce Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
Jest 18 maj 2000 roku. Założyciel Boo.com - Ernst Malmsten - mówi: " Jeżeli nie otrzymamy 20 milionów dolarów do północy - przestaniemy istnieć". Miał rację. Udało się zebrać tylko połowę tej kwoty i ogłoszono upadek. Przyjrzyjmy się temu w jaki sposób ten hucznie otwierany sklep z ubraniami, mający aspiracje do tego, aby zostać "amazonem" w swojej branży, stał się symbolem bankructwa w świecie e-commerce. W tym celu cofnijmy się jeszcze o trzy lata.

Rok 1997

Szwedzcy przedsiębiorcy - Ernst Malmstem i Kajsa Leander - właściciele księgarni Bokus.com stają się trzecim w kolei największym internetowym sprzedawcą książek (po Amazon.com i Barnes & Noble).

Rok 1998

Bokus.com zostaje sprzedane, a Malmstem i Leander jako świeżo upieczeni milionerzy myślą już o nowym przedsięwzięciu. Do zespołu dołączają Patrika Hedelina - dyrektora finansowego w Bokus.com. W trójkę wpadli na pomysł, aby stworzyć na skalę globalną internetowy sklep z markowymi ubraniami. Za 2500 dolarów wykupują domenę Boo.com (nazwa pochodzi od gwiazdy filmowej Bo Derek) i zaczynają organizować swój nowy biznes. Zaczynają szukać inwestorów, którzy chcieliby dofinansować projekt. Z propozycją zgłaszają się m.in. do Pequot Capital, które z sukcesami inwestuje w Yahoo! i AOL. Zarząd Boo.com prezentuje im prognozy zysków. Jednak na pytania typu "ilu odwiedzających się spodziewacie?", "jaki CR przewidujecie?", "ile średnio wyda klient na zakupy?" i tym podobne nie potrafiono konkretnie odpowiedzieć. Inwestorzy zakończyli rozmowy przewidując rychły upadek Boo.com.

Rok 1999

Na nieszczęście (a może na szczęście?) znaleźli się inni inwestorzy, którzy na fali wielkiego boomu na dot-comy zgodzili się zainwestować duże pieniądze w ten projekt.

Na początku roku 1999 powstaje pierwszy projekt Boo.com stworzony przez partnerów Boo.com, o którym Wikipedia pisze: " Wygląd strony był elegancki i prosty [...] . Posiadał Miss Boo [o niej później] i grafikę flashową. Pomimo tego nie był zbyt ciężki."

Zarząd Boo.com postanawia zmienić strategię i zleca wykonanie oprogramowania swoim ludziom. W tym celu zwiększa zatrudnienie i w krótkim czasie powstaje nowa wersja sklepu, która parę miesięcy później doczeka się debiutu. O skutkach tej decyzji już za chwilę...

Lato 1999

Boo.com ma nowego pracownika. Tristan Louis zostaje zatrudniony w Boo jako senior advisor to the CEO i (już po bankructwie firmy) przyznaje "Po przyjęciu mnie do firmy w sierpniu mieliśmy startować za trzy miesiące, a za 10 tygodni rozpoczynał się okres świąteczny. Pierwszą rzeczą, o którą zapytałem było << gdzie jest plan?>>. On nie istniał.".To jednak nie wszystkie problemy Boo... Zanim wystartowano borykano się także z innymi sprawami.
Tristan Louis zwraca uwagę m.in. na różne waluty - problem z nimi nie kończył się tylko i wyłącznie na systemie przeliczeniowym. To co w jednym kraju jest tanie, po przeliczeniu na walutę innego może okazać się drogie. Aby temu zaradzić powstaje inteligentny system, który radzi sobie z tym zagadnieniem. Inna ważna kwestia to wielojęzyczność sklepu, która rodzi problemy natury gramatycznej.

Okres przed debiutem

Rozpoczyna się kampania w prasie i telewizji. PR Boo.com kładzie nacisk na nowatorstwo i ludzką twarz firmy. Kampania kosztuje 22,4 miliona dolarów i przynosi efekty w postaci maili do 350 000 osób, które chcą być poinformowane o starcie sklepu. Ponadto przyszły debiut Boo cieszy się sporym zainteresowaniem w mediach.

Listopad 1999

Mamy 3 listopada. Boo.com oficjalnie startuje w USA, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Danii i Finlandii, by później rozpocząć handel we Francji, Włoszech i Hiszpanii. Strony sklepu ładują się potwornie wolno, wykorzystana technologia nie współgra z szybkością łącz użytkowników (jest rok 1999!), całość jest nieprzyjazna dla użytkownika. Miss Boo, internetowa asystentka sklepu wykonana we flashu, znacznie spowalnia ładowanie strony i nie spełnia swej roli (sklep z ludzkim obliczem). Zawiedzeni klienci opuszczają stronę. Jakob Nielsen pisze m.in. "Wszystkie informacje o produkcie są ściśnięte w malutkim oknie, bez przewijania okna można przeczytać tylko 20 słów".

Sklep w pierwszym dniu działania odnotowuje 50 000 unikalnych wizyt, z czego tylko 0,25% kończy się zamówieniem (4 zamówienie na 1000 unikalnych odwiedzin). Pierwszy tydzień kończy się 222 848 wizytami z czego 609 kończy się złożeniem zamówienia (CR na poziomie 0,27%). Niska skuteczność sklepu jest upatrywana przede wszystkim w trudnym dostępie do strony i kiepskiej użyteczności. Przez kolejne miesiące wyniki są wciąż niezadowalające (sprzedaż na poziomie 353 000 dolarów przez pierwsze sześć tygodni). Boo postanawia stworzyć "lżejszy" projekt, dzięki któremu strony zaczną ładować się szybciej. To w okresie promocji w sklepie kształtuje CR na poziomie 3%.

Maj 2000

Wracamy do punktu wyjścia tej notki, 18 maja inwestorzy odmówili wsparcia sklepu - Boo.com upadło. W mediach rozpoczyna się dyskusja na temat tego czy to koniec hossy na biznes w internecie. Niewiadomą stara się rozwiać Nielsen, który stwierdza, że Boo upadło ze względu na swoją ignorancję. Wikipedia przyczyn dopatruje się również w braku komunikacji pomiędzy poszczególnymi częściami firmy, rozpustą, kiepskim zarządzaniem firmą. Ponadto wymienia się wysoki poziom zwrotów towarów, który dla wszystkich klientów był darmowy. Sklep nie potrafił również szybko wypracować zadowalającej sprzedaży.
Ernst Malmsten tuż po ogłoszeniu bankructwa mówi: "Byliśmy zbyt wielkimi marzycielami, chcieliśmy być doskonali i nie kontrolowaliśmy kosztów". Tymczasem opinia analityków rynku jest jednoznaczna - również w internecie przydaje się coś takiego jak... biznesplan.

Czerwiec 2000

W czerwcu prawo do korzystania z domeny Boo.com i Miss Boo wykupuje przedsiębiorstwo Fashionmall.com. Cena wynosi 250 000 funtów (trochę mało jeżeli weźmiemy pod uwagę, że w Boo "utopiono" 120 milionów dolarów). W listopadzie 2000 roku zostaje ogłoszony powrót Boo. Fashionmall planuje użyć Boo.com do penetracji rynku europejskiego.

Obecnie mówi się o powrocie Boo.com w czerwcu 2006 roku. Na stronie Boo.com można przeczytać: "Boo wraca!". Jak będzie wyglądać ten powrót dowiemy się już za nieco ponad 2 miesiące.

Mam nadzieję, że każdy kto przebrnął przez ten tekst wyciągnie odpowiednie wnioski zanim wystartuje z jakimkolwiek projektem. :-)

Więcej o Boo:

-
Tak wyglądało Boo.com
-
"Boo Hoo: A Dot Com Story" - książka o Boo.com,
- O Boo na Wikipedii,
-
Case study o Boo,
- Były pracownik o Boo,
- Jakob Nielsen o Boo,
-
News o bankructwie Boo na BBC,
- Powrót Boo.com w czerwcu 2006.

[Tłumaczenia do tej notki zostały wykonane przeze mnie, mogły wkraść się drobne błędy].


2006-03-24 00:00
8. Portrety e-sklepów ecommerce Komentarze (0)
1 | 2 |